Wednesday, January 1, 2014

Złożył mi bardzo poważną propozycję, i ja tej propozycji nie przyjęłam...


Łza jakoś się w oku nie kręci, ale wypada wyznać, iż był to pierwszy - i bynajmniej nie ostatni - wpis zamieszczony na blogach Newsweeka. Inspiracją dla tekstu była pani J. K.-R., dziś ministra, tu zatrzymana na moment w punkcie zwrotnym swej kariery. Działo się to nie tylko jeszcze zanim Polska przestała być dla niej Najważniejszą, ale nawet zanim Polska Najważniejszą  dla niej być zaczęła...
Newsweek, Portal Opinii - 30.07.2010


Niewielka notatka prasowa donosi, iż pani Joanna Kluzik-Rostkowska czuje się doceniona w konsekwencji odrzucenia bardzo poważnej propozycji prezesa Jarosława Kaczyńskiego. W historii Francji znana jest zupełnie inna Joanna, której też kiedyś złożono poważną, choć zupełnie inną, propozycję...

Dwie Joanny

Media obiegły gorączkowe analizy podziałów i przydziałów, związane ze zmianami w zarządzie drugiego co do liczby wyborców ugrupowania politycznego między Bugiem a Odrą. W ramach przydziałów prezes Jarosław Kaczyńskizłożył pani Joannie Kluzik-Rostkowskiej poważną propozycję, której ona jednak nie przyjęła, deklarując jednocześnie pełnię satysfakcji wywołanej całym wydarzeniem. Hm. Był w Stanach taki żart – jak brzmiała odpowiedź prezydenta Obamy na pierwszego sms’a od nowo mianowanej Sekretarz Stanu Hillary Clinton? - „A po co ci okno w gabinecie?” Jak dotąd treść propozycji stanowi słodką (lub gorzką, trudno powiedzieć) tajemnicę zainteresowanych stron i pewnie na jakiś czas tak to zostanie. Trudno trochę pojąć skalę satysfakcji deklarowaną przez panią K-R. Albo była to satysfakcjonująca propozycja i jako taka zapewne zostałaby przyjęta, albo nie była to specjalnie satysfakcjonująca propozycja. Propozycję, która, choćby szczodra, była nie do przyjęcia z powodów technicznych, trzeba uznać za równie satysfakcjonującą jak słynne Niderlandy Zagłoby. Można więc tylko domyślać się, że sam gest, sam fakt złożenia bardzo poważnej propozycji, musiał już dostarczyć satysfakcji. W końcu czyż to nie gest jest najważniejszy na wschód od Odry?

* * *

Bez żadnego bezpośredniego związku z tą akurat tajemniczą propozycją a jedynie przez zbieżność imion, przyszedł mi na myśl fragment starego rękopisu, na który natknąłem się przed kilkoma laty w piwnicy taniego wprawdzie, ale wszak znakomitego hoteliku w Tours, gdzie gościnny właściciel z niebywałą wprawą potrafi zaparkować pięć samochodów gości w garażu przeznaczonym oryginalnie na jedną karetę. Stary manuskrypt, kilka pożółkłych kart leżących, nie wiedzieć czemu, pod starym antałkiem podczas wyboru wina do kolacji, musiał być oryginalnie kroniką wydarzeń towarzyszących meteorytowemu wyniesieniu i upadkowi Joanny d'Arc, tej samej, której ognistą wizję w czerwieniach i brązach namalował w 1886 roku Jan Matejko. Niewielki, słabo zachowany fragment manuskryptu poświęcony był bitwie o Paryż, wkrótce po koronacji Karola VII w Reims.

Dobry (z natury, choć czasem oszczerczo nazywany szalonym) król Karol VII miał zamiar udać się z Reims na południe, gdzie pogoda była lepsza no i zdecydowanie przyjemniej świętować w kręgu własnych zwolenników, ale Joanna wraz z księciem Alençon rozpoczęli marsz na stolicę, poniekąd wymuszając na nieszczęsnym władcy decyzję dołączenia. Król dołączył więc, niechętnie i powoli, i nie jest prawdą, iż wpływ na jego decyzję miało chwilowe odcięcie drogi na południe przez obce wojska w sile plutonu łuczników. Dołączywszy, podjął narzuconą mu strategię, złorzecząc w duchu na pokrętnych cyrulików (w manuskrypcie ktoś przekreślił „les spin doctors ”), ale publicznie prezentując jednolity front. Śmiały atak na stolicę, jak się to mówi w terminologii wojskowej, powiódł się w 99%, ten jeden procent dotyczy doprawdy śmiesznego drobiazgu, mianowicie stolica nie została zdobyta. Joanna, z bełtem kuszy w udzie, dostała monarszy rozkaz wycofania się na z góry upatrzone (przez króla) pozycje, a za murami stolicy zbrodniczy książę Bedford, sługus Rus... (tu jakieś nieczytelne słowo wymazane ze starego manuskryptu) Anglików, obśmiewał Jego Wysokość i patriotyczne wojska, przepijając do portretu dziadka landsknechta, co skrzętnie zanotował Georges de la Trémoille, pan na Guînes, wierny sługa i ulubiony doradca króla Karola. Zdarzyło się to prawie zwycięstwo dnia 8 września Roku Pańskiego 1429. Dwa tygodnie później w mieście Gien, w bezpiecznej odległości od Paryża, Joanna doznała zaszczytu bycia wezwaną przed oblicze dobrego króla Karola. Mało dziś znana audiencja, według wspomnianego, niezbyt wiarygodnego i zapewne apokryficznego manuskryptu przebiegła jak następuje:

Król – A więc, jeśli chodzi o naszą porażkę w stolicy to uważamy...

Książe Alençon – Ależ, Wasza Wysokość, to zwycięstwo, praktycznie wygraliśmy, nasza kampania przyniosła świetny wynik, jeszcze jeden zdecydowany atak...

Król – Tak, tak, świetny wynik, tu jest nasza pełna zgoda. Uważamy więc, iż wasza strategia przyniosła nam prawie zwycięstwo i uważamy zarazem, że dowództwo naszych wojsk, chwilowo rozwiązanych z powodu kryzysu, przejmie pan de la Trémoille, którego strategia jest bliższa naszemu królewskiemu sercu i bijącemu (ale tylko wroga i wyłącznie w samoobronie) sercu narodu, i który nam rzecze, iż gdybyśmy dali mu posłuch wcześniej, stolica byłaby nasza, czego sobie i wszystkim prawdziwym patriotom życzymy.

Zapadła chwila niezręcznej ciszy, przerywana szelestem dłoni pocieranych przez pana de la Trémoille, na którego ustach rozkwitł uśmiech, określany przez politycznych zwolenników mianem „męskiego”, a przez przeciwników „sępiego”. Pan de la Trémoille pochylił się do królewskiego ucha i coś zaszeptał.

Król – A tak. W rzeczy samej. Pamiętać musimy, nasza dobra kobieto, iż za wasz wysiłek włożony w całość kampanii, tudzież za waszą przemyślną strategię i ciężką pracę, należy się wam godna nagroda.

Król spojrzał na pana de la Trémoille, który natychmiast pokłonił się do królewskich ust. Monarcha poszeptał chwilę; uśmiech pana de la Trémoille stawał się szerszy i szerszy. Pan de la Trémoille pokiwał entuzjastycznie głową, a król popatrzył zdecydowanie na Joannę.

Król - By pokazać wszem i wobec jak bardzo jesteśmy wam wdzięczni, oświadczamy niniejszym, że możecie nas pocałować w naszą królewską d**ę. (Z właściwą sobie elokwencją, wynikającą z wielu lat studiów, król zaakcentował końcowe „ę”, co przez grupę bardów, kontrolowanych przez przeciwników króla, niesłusznie odebrane zostało jako wyśmiewanie plebejskiego pochodzenia Joanny, no ale tacy już są ci bardowie – w manuskrypcie przekreślone „les salauds”).

Książe Alençon – Ależ, Wasza Wysokość, coż to za propozycja, nie mówicie wszak poważnie?

Król – Bardzo poważnie.

Chwilę później Joanna, cokolwiek pobladła (niechybnie od rany w udzie), wyszła na dziedziniec, gdzie zgromadziła się niewielka garstka jej wiernych rycerzy i znacznie większa garść bardów.

Gilles de Rais – I co, i co, jak poszło?

Joanna – Jego Wysokość docenił moje wysiłki w kampanii i by to okazać złożył mi poważną propozycję.

Jean d'Aulon – Poważną propozycję? Jaką propozycję?

Joanna – Jego Wysokość miał dla mnie bardzo poważną propozycję i ja tej propozycji nie przyjęłam.


* * *


Tu niestety kończy się tekst manuskryptu, czyjaś ręka oderwała resztę, a na zachowanych stronach był już tylko przepis na ślimaka po prowansalsku. Pamiętajmy wszak, iż kilka miesięcy później Joanna, jej bracia i rodzice otrzymali tytuły szlacheckie (acz bez nadania posiadłości, bo i po co im, chałupę już przecież mieli) i zapewne tę właśnie propozycję miała na myśli Joanna a nie samobójczą misję obrony Szampanii i Brie (rejonu, nie serka), co usiłowali imputować bardowie kontrolowani przez politycznych przeciwników dobrego króla Karola.



Tekst manuskryptu nie wzbudzi raczej zaufania historyków – jacy znów landsknechci przed 1480 – ale dla samego obrazu Matejki warto pojechać do Rogalina pod Poznaniem (jednak lepiej najpierw zadzwonić do Galerii Rogalińskiej, wszak w 2008 ogłoszono projekt konserwacji dzieła…). Zdaniem miłego właściciela hoteliku w Tours przepis na ślimaki po prowansalsku jest znakomity, uznałem więc, iż warto go na zakończenie zacytować, zwłaszcza że lato w pełni, człowiek po lesie chodzi i ślimaka czasem znajdzie. „Chwilka” z przepisu to zdaje się, w dawnej francuzczyźnie minuta, „dobra chwila” to mniej więcej dwie minuty, zaś dwie trzecie kwadransa, cóż, jeśli nie należymy do żadnej partii politycznej, będzie to dziesięć minut.

Escargots a la Provence

Wpierw, byś aioli miał jak należy, ząbków czosnku cztery w moździerzu potłucz, a z dwoma białkami, z łyżkami dwoma przedniej oliwy wymieszaj i solą do smaku dopraw, na bok odstaw. W dużym garncu rozgrzej oliwy ile trzeba na średnim ogniu, dodaj garść szalotek, oprósz solą i pieprzem, podsmażaj przez chwilkę. Wrzuć ślimaków trzy tuziny i garstkę posiekanego czosnku, ciut jeszcze soli i pieprzu i znowu chwilkę posmaż.

Wina to białego kubkiem polej, zaczem wszystko dwie trzecie kwadransa duś na małym ogniu, a na koniec masła cztery łyżki domieszaj. Piec zawżdy mocno rozgrzej, a ślimaki w miski gliniane rzuć i sosem omaść. Bagietkę świeżą pokrusz, z pietruszką i oliwą wymieszaj, solą i pieprzem dopraw, wszystko z aioli łyżką dobrze zakręć i na ślimaki nałóż. Miski do pieca wstaw i chwilę niedługą potrzymaj, zaczem ochłodź i gościom z winem uczciwym podawaj. 

Żeli zaś wina nie pijesz to idź i w stajni się zamknij, a do gotowania się nie pchaj.


Bon Appétit! ;)

No comments:

Post a Comment