Staram się unikać pisania o kolejnych potknięciach dzielnych urzędników Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Raz, że wszyscy o tym piszą, dwa, że kopanie leżącego uchodzi za niesportowe - nawet w mieszanych sztukach walki. Kiedy jednak okazuje się, iż przedstawiciele Ministerstwa uważają się za krytyków sztuki popularnej... W końcu, nawet w mieszanych sztukach walki, kopać leżącego wprawdzie nie wypada, ale na przykład już przysiąść i ręcznie przemodelować wizerunek, można jak najbardziej. Newsweek, Portal Opinii - 25.II.2011 |
Urzędnik pewnego ministerstwa (którego tu nie nazwiemy), wygładził przysiedziane zagniecenia na pamiętającym czasy Nikity Chruszczowa poliestrowym garniturze po wujku, poprzez gąszcz sumiastego wąsa zerknął znad nosa na naczelnego Kultury Gniewu i rzekł w natchnieniu:
- Zróbcie nam, Wydawco, wicie, rozumicie, takie obrazki, o naszym wybitnym Szopinie, cobyśmy go mogli wśród dziatwy szkolnej rozpropagować, by pod strzechy trafił, niczym Szkapa Antka z pokładu Idy, i umysły całej Ojropa o wielkości tradycji krainy naszej pięknej pouczał. To co, pomożecie?
Wydawca popatrzył z troską na perski dywan, na którym waciaki urzędnika pozostawiły aromatyczne tropy w kolorze sugerującym bliski kontakt z nawozami naturalnymi, z wolna podniósł wzrok, kontemplując resztki jajecznicy na piastowskim wąsie Ważnego Gościa, i po chwili, podstępnie, z udawanym respektem odpowiedział:
- Ależ oczywiście, Szanowny Panie Zastępco Podsekretarza, pomożemy!
A w duchu pomyślał „oż, ty bucu niedopity, już ja ci zrobię komiks dla dzieci, aż ci w brudne pięty pójdzie i cała Ojropa cie waśmieje...”
Kurz opada, niebo dyplomatycznie milczy, stosy dogasają nieobsadzone, emocje rozpalone aferą z komiksem na Rok Chopinowski z wolna przechodzą z temperatury eksplozji do zaledwie temperatury wrzenia. Cała sprawa powoli zmierza ku w miarę szczęśliwemu zakończeniu, dobry to więc moment by już bez nerwów, za to z lepszą znajomością obiektu naszej ostatniej powszechnej krucjaty, wstawić moje trzy grosze. Nie jest to polemika z tekstem Kassa sprzed kilku dni, a raczej spojrzenie z innej perspektywy.
Niewiele prawdy było w popularnej niegdyś opowieści, iż cotygodniowe spotkania dzieci z Misiem z Okienka rzekomo skończyły się raptownie, kiedy złośliwy dźwiękowiec przeciągnął o kilkanaście sekund nagranie tekstu dobranocki, pozwalają zgromadzonym przed telewizorami maluchom i babciom, po zwyczajowym „dobranoc!” usłyszeć również tradycyjne posłowie:
A teraz drogie dzieci możecie pocałować misia w dupę.
Nieprawdziwa historyjka została wymyślona przez jedną z ówczesnych osobowości telewizyjnych, dla ubarwienia - kosztem kolegów - odbywanych w dzikich okolicach kraju obowiązkowych spotkań z widzami. Widzowie wierzyli chętnie , bo jak tu nie uwierzyć, wystarczy zastanowić się, jak długo aktor musiał się męczyć z tekstami pisanymi na poziomie IQ pluszowego misia... Cała afera z „Chopin New Romantic” wydanym przez Kulturę Gniewu, odbierana jest przez większość komentatorów jako współczesna powtórka legendarnej kwestii Wujka Bronka - i ma równie wiele sensu. Kultura Gniewu, zdaniem rozgniewanych krytyków, Polsce, Polakom, Polonii, Polskości (itd. itp.): A teraz pocałujcie nas w dupę..."
[] Krzysztof Ostrowski, projekt do „Chopin New Romantic”.
Kultura Gniewu to solidne, dobrze znane na polskim rynku komiksowym wydawnictwo. Nie wszystkie ich publikacje są dobre, ale chyba nie ma wydawcy, który miałby same dobre publikacje. Mój główny zarzut wobec KG jest taki, jak w stosunku do wszystkich wydawnictw w Polsce – jak to jest możliwe, że najwyraźniej nikt w tym pięknym kraju nie potrafi wydawać tanio, a te same książki kosztują u nas tyle samo lub więcej niż w USA?. Czyli co, wydanie książki wymaga takich nakładów jak w Stanach? Przy naszych kosztach robocizny i nadprodukcji papieru wymaga to takich samych nakładów? Ale to już zagadka z zupełnie innej bajki – życie to jednak nie bajka....
Nie mam pojęcia jakim językiem mówią na co dzień urzędnicy MSZ (progi tak wysokie, że mogę je, co najwyżej, oznakować) ale raczej nie noszą krawatów na gumkach i nie rozdeptują obornika. Nigdy wszak nie byłem pewien, czy przeciętny urzędnik ministerstwa, który niewątpliwie nie jest analfabetą, posiada praktyczną umiejętność zrozumienia przeczytanej lub usłyszanej informacji. No bo jak to jest, wydawnictwo nazywa się „Kultura Gniewu” i ani Szanownemu Panu Radcy Departamentu Ministerstwa, ani Szanownej Pani Dyrektor Ministerialnego Wydziału, nie przychodzi do głowy (chwilowo oszołomionej wielkością muzyki Chopina), że "kultura gniewu" jakoś nie pasuje do Bolka i Lolka w Krainie Deszczowców?
Jestem prawie pewien, że większość urzędników ministerstwa orientuje się w kulturze współczesnej równie dobrze co przeciętny mieszkaniec Polski, a więc na poziomie średnio pilnego ucznia szkoły podstawowej. Przeciętnego, mówię! To się naturalnie nie odnosi do czytających te słowa! ;) Samo w sobie nie jest to problemem (jakie salonki, taka orientacja), ale faktem jest, że u nas jakby częściej niż gdzie indziej zdarza się, że urzędnik wprawdzie się nie zna, ale i tak wierzy, że się zna, więc nie będzie pytać eksperta (no, chyba że ekspert jest ulubionym krewnym, a ekspertyza dobrze płatna). Jak to w końcu było, ktoś wybrał naprawdę dobre wydawnictwo, ale ten ktoś nie decydował o rozpowszechnianiu, a ten, kto decydował, nie miał pojęcia o czym decyduje?
[] Krzysztof Ostrowski – pop-artysta Wiral
Nie ma co się łudzić, że to problem związany z jakąś konkretną opcją polityczną. Obojętne, czy ministrem byłby ktoś z PiSu, z PSLu, SLD, czy z innej jeszcze formacji, efekt byłby taki sam. Zaryzykuję wszak hipotezę, że poprzedniczka ministra Sikorskiego nie ugięłaby się pod presją artyściuchów i kazała całość przerobić na papier toaletowy. Szczęśliwie, do tego przynajmniej nie dojdzie.
Krzysztof Ostrowski, jeden z autorów szopenowskiego zbiorku, pozwolił sobie zestawić metaforycznego Chopina z „cipą co tu kiedyś siedziała”. Silna grupa krytyków od urodzenia zawrzała gniewem i gromy posypały się na prymitywne wyobrażenie Chopina, który daje koncert w więzieniu i wyklina od wujów złamanych. A na Krasnoj Płościadi rozdają samochody.
Ostrowski, w przekornej i złośliwej historyjce, opowiada o "artyście popowym" znanym jako Wiral, który z inicjatywy naczelnika więzienia, i by uczcić rok chopinowski, prezentuje w tymże zakładzie karnym piosenkę „podobno bardzo w duchu chopinowskim”. Ponieważ jednak artyście towarzyszy z kamerą brat, były pensjonariusz tegoż zakładu, całość źle się kończy. Poniżej reprezentacyjny kadr z komiksu – by urażonych nie urazić jeszcze bardziej pozwoliłem sobie zastąpić występujący w oryginale znany rzeczownik innym, równie znanym, który być może zyska powszechną aprobatę...
[] Krzysztof Ostrowski – dwieście lat...
[] Patryk Mogielnicki, Monika Powalisz, Kto jest obok mnie?
Bohaterscy i jakże kulturalni obrońcy czci Fryderyka, komiksu wprawdzie w rękach nie mieli, ale za to usłyszeli o "cipie", więc całą gromadą się na "cipę" rzucili, a teraz, ekhm, wręcz podają sobie tę "cipę" z ust do ust. Co to będzie, kiedy zajrzą do zbiorku i zauważą, że wulgaryzmy z opowiastki Krzysztofa Ostrowskiego to w sumie mały pikuś w porównaniu z komiksem który skandalizująco, całkiem realistycznie i neck-romantycznie obrazuje proces wykonywania słynnego odlewu głowy, na domiar złego zachowując ludową stylistykę drzeworytniczych świątków... Niechybnie wytoczą armaty, jak dotąd ukryte w krzakach, i zaczną walić w autorów; a ukryte w krzakach, nie w kwiatach, bo z kwiatów o tej porze roku mamy tylko krokusy, a te są pod ścisłą ochroną, i chyba tylko Kamil Durczok użyłby ich to maskowania artylerii.
Moja wysoka ocena poziomu artystycznego Kto jest obok mnie? jest – no właśnie – moja, ale rozumiem punkt widzenia tych, którzy uważają, że komiks Ostrowskiego jest lepszy. Miło byłoby o tym porozmawiać, bo to ciekawa sprawa, ale z innej zupełnie półki. Się nie powstrzymam, by choć nie wspomnieć, że o ile w sferze fabuły, Ostrowski jest bez wątpienia ciekawszy, to rysunkowo, a także pod względem znaczeń i podtekstów, zdecydowanie wygrywa duet Mogielnicki i Powalisz. Jeśli ktoś uważa, że oba komiksy są brzydkie i be, to ma do tego pełne prawo, brak u ktosia wrażliwości estetycznej to, parafrazując Zenona Laskowika, nie moja wina. W rzeczywistości wszystkie historyjki ze zbioru, i te, rysowane przez polskich twórców, i te autorów niemieckich, utrzymane są na bardzo dobrym poziomie. Jako całość, jest to bardzo ciekawe przedsięwzięcie, w dodatku bardzo porządnie przez Kulturę Gniewu wydane.
Minister Kultury Bogdan Zdrojewski uprzejmy był powiedzieć, że niestety przekroczyli pewną granicę i to wszyscy przyznają. Pan Minister mija się z prawdą, gdyż bynajmniej nie wszyscy to przyznają. Sporo znanych mi osób, całkiem dobrze w sztuce zorientowanych, niczego podobnego nie przyznaje. Jaką granicę przekroczono? Czy chodzi o granicę pokoju, wyznaczające panu Dulskiemu trasę spaceru na kopiec Kościuszki? Jeśli przyznają to wszyscy znajomi pana Ministra, to mogę tylko z przykrością skonstantować, iż dobór znajomych wiele mówi o nas samych...
W tym całym zamieszaniu dobrym rozwiązaniem jest pomysł Kultury Gniewu, której wydawcy nie porzucili zamiaru wykorzystania komiksu do promocji Roku Chopinowskiego – tyle, że nie poprzez rozdawanie go dzieciom w szkołach podstawowych. Są uczelnie artystyczne, galerie, konwenty, wystawy, jest w sumie całkiem sporo miejsc gdzie ten komiks powinien się znaleźć. Miejmy więc nadzieję, że się znajdzie i spójrzmy z politowaniem na drobnomieszczańskie żadanie MSZ, by wycofać jego nazwę z całego przedsięwzięcia.
Odrębny, irytujący drobiazg to sławetny "jebany cweloholokaust" Ostrowskiego. Było trochę ostatnio, na innym blogu, o naszej narodowej pasji do donosów. W tym wypadku jakiś anonimowy, a życzliwy rodak postanowił, na miarę swych umiejętności, przełożyć więzienną inwektywę jako "fag-holocaust" i w tej wersji donieść opinii międzynarodowej o skandaliczności całego przedsięwzięcia, demonstrującego niemaskowany antysemityzm. (Poważnie?) Na życzliwych nie ma rady, na braki IQ także.
Do krzaków i kwiatów Chopin jakoś nie ma szczęścia. Już pierwotna wersja oklepanej metafory "armaty ukryte w kwiatach" jest literacko beznadziejna i przypisywanie jej carowi trzeba tłumaczyć chęcią ośmieszenia tego ostatniego jako intelektualnego zera, nie zaś sugerowaniem despotyzmu. W latach siedemdziesiątych tragiczny wizerunek Chopina w zielonym gąszczu (tragedia, tragedia...) zyskał odpowiednią oprawę rzeźbiarską. Nieżyjący już dziś Marian Owczarski, zaprojektował i - niestety - zrealizował pomnik „zdobiący” dziedziniec przed pałacem myśliwskim Radziwiłłów w Antoninie. Pan Marian Owczarski wiele dobrego zrobił dla promocji sztuki polskiej w Stanach, ale ten pomnik, ach ten pomnik...
Zrówno przyciętych krzaków przed pałacem wyskakuje głowa zaskoczonego Fryderyka, który zdaje się powiadać:
- Pałac, Mości Książe, jak malowanie wam Niemiec Schinkel wystawił, ale przecie jak wychodki macie zapchane na amen, to na swych gości po krzakach nie polujcie bo to faux pas!
[] Marian Owczarski, pomnik Chopina w Antoninie
Że o niesławnym "Zombie z Ustki" już nie wspomnę...
Widząc swój pomnik w Antoninie pobladłby Fryderyk niechybnie, i nie wiedział, gdzie wzrok podziać, a co by rzekł na publikację Kultury Gniewu? Zaryzykuję mały seans spirytystyczny i powiem, że Mistrz uśmiałby się jak norka, może nawet ciut wzruszył. Sam rysować całkiem dobrze umiał i na karykatury pani Sand też się nie obrażał, zaś język jego czasów nie stronił od wulgaryzmów - także ten język, którym mówili poeci.
[] George Sand, Chopin montant quatre à quatre l'escalier à Mme Marliani
(Chopin wbiega po czterech schodkach do Pani Marliani),
1842 – czerwiec 1844 (?), Muzeum Fryderyka Chopina.
[] Fryderyk Chopin, Karykatura. New York Philharmonic Archives
Wierny dzwoneczek w wersji angielskiej, czyli Eternal Sonata.
Tam dzielny bohater śmiało macha mieczem szukając lekarstwa dla wiernej Polki (swojskie imię Polka nosi jedna z postaci, która, jak się zdaje, może być narodowości polskiej), a gdy miecza nie stanie, to zawsze flet jest pod ręką, a w ostateczności choć parasolka, którą można potworowi otworzyć w stosownym miejscu ciała, zdobywając dodatkowe punkty za kreatywność...
Zaraz, chwila, trzeba by pewnie i konsole rozdawać – koszty rosną ponad wszelkie pojęcie. Na szczęście pozostaje opcja ekonomiczna – pluszak Polka.
No cóż:
Dzieci lubią misie, misie lubią dzieci...








No comments:
Post a Comment