Tuesday, January 28, 2014

Nieustający senny koszmar


Ponownie Ai Weiwei, jeden z najbardziej znanych współczesnych artystów chińskich, i jego odyseja pośród meandrów totalitarnej, kafkowskiej biurokracji
 - odsłona czwarta, zapewne nieostatnia.  

Newsweek, Portal Opinii - 03.09.2011


  • Beijing to dwa miasta. Jedno tworzą pieniądze i władza. Ludzi nie obchodzi, kim są ich sąsiedzi; nie ufają ci. To drugie miasto, to miasto desperacji. Widzę ludzi w miejskich autobusach, widzę ich oczy i widzę w nich brak nadziei. Nie potrafią sobie nawet wyobrazić, by mogli kiedykolwiek kupić dom. Przybywają z najbiedniejszych wiosek, nigdy nie widzieli ani elektryczności, ani papieru toaletowego.


O Ai Weiwei pisałem już wcześniej, ostatnio o jego zniknięciu z lotniska w Beijing, kiedy dwaj funkcjonariusze w cywilu obwieścili że „ma inne rzeczy do zrobienia”. Po wielu dniach izolacji jego żonie pozwolono na widzenie. Ai był przetrzymywany w jakimś budynku w nieznanym jej miejscu. Funkcjonariusze zezwolili wyłącznie na pytania o zdrowie. Po 81 dniach „udzielania pomocy w śledztwie dotyczącym możliwych przestępstw podatkowych”, Ai Weiwei zezwolono na powrót do domu, z jednoczesnym zakazem wszelkich wypowiedzi publicznych i z zakazem opuszczania stolicy bez zezwolenia władz. Pytającym dziennikarzom odpowiedział: „wyszedłem, jestem z powrotem w domu, musicie zrozumieć, nie wolno mi udzielać żadnych wywiadów, jestem warunkowo zwolniony na okres jednego roku”.


  • Każdego roku miliony przybywają do Beijing, żeby budować mosty, drogi i domy. Każdego roku budują jeszcze jedną stolicę, takiej samej wielkości jaką miasto miało w 1949. Są niewolnikami miasta. Przemieszkują bez zezwoleń w nielegalnych konstrukcjach, które Beijing niszczy, gdy sięgnie tam jego ekspansja. Kto posiada domy? Ci, którzy należą do rządu, prezesi spółek węglowych, dyrektorzy wielkich przedsiębiorstw. Przybywają do Beijing by rozdawać prezenty – i dzięki nim bogacą się restauracje, kluby karaoke i łaźnie.



[] Rolls Royce Phantom przed frontem Penisula Hotel, 

Human Right Watch opisała szereg udokumentowanych przypadków naruszania praw przybywających tłumnie z prowincji robotników tymczasowych. Mimo, iż stanowią oni prawie 90 procent siły roboczej w stolicy, nie mają uczciwej płacy, pracują w niebezpiecznych warunkach, bez ubezpieczenia i opieki medycznej.


Funkcjonujący w Chinach system hukou (户口) – obowiązkowego zameldowania, skutecznie utrudnia przybyszom nie tylko uzyskanie przyzwoitego lokum, ale także uzyskanie jakichkolwiek świadczeń społecznych.
Wydawane od kilku lat zezwolenia na zameldowanie tymczasowe powodują często całkowite uzależnienie robotników od pracodawców, których opinia może zadecydować o odrzuceniu podania lub o wygaśnięciu zezwolenia.

[] Mieszkańcy slamsów próbują powstrzymać wyburzanie wywieszając flagi i naklejając zdjęcia przywódców ChPK. (Fot. : AFP)



  • Beijing wmawia obcokrajowcom, że mogą zrozumieć go, jak każde miasto, że mamy takie same budynki: Gniazdo, wieża CCTV. Oficjele, którzy noszą garnitury i krawaty takie same jak wasze, mówią wam, jesteśmy tacy sami i możemy robić interesy. Ale nas pozbawiają podstawowych praw. Znajdziecie zamknięte szkoły w których miały się uczyć dzieci robotników migrujących tu za pracą. Znajdziecie szpitale w których zakładają pacjentowi szwy – a kiedy dowiedzą się, że pacjent nie ma żadnych pieniędzy, wyjmą świeżo założone szwy. To miasto przemocy.


Podczas budowy obiektów olimpijskich, jeden z robotników, który zgodził się porozmawiać z przedstawicielem HRW przyznał, że jak wielu innych śpi na placu budowy i zarabia 20 yuanów (2,67 $) dziennie, z czego pracodawca potrąca mu 8 yuanów (1.07 $) za koszty zakwaterowania.


[]  Stawianie rusztowań wysokościowca (Fot. UPI)





  • Najgorszą rzeczą w Beijing jest to, że nie możesz ufać prawu. Bez tego zaufania wszystko jest inne niż się wydaje; to jak iść w burzy piaskowej. Nie widzisz siebie jako części miasta – nie ma miejsc, z którymi byłbyś związany, miejsc do których lubisz chodzić. Żadnego zaułka, żadnego miejsca, gdzie światło świeci jakoś specjalnie. Wszystko nieustannie się zmienia zgodnie z wolą kogoś tam, na czyjeś tam polecenie.


Mao wymyślił nazwę Długi Marsz Błękitnych Mrówek. Dziś Beijing ma nowe mrówki. Plemię Mrówek (蚁族, yizu) to urodzeni w latach 80-tych absolwentci stołecznych uczelni wyższych, którzy przybyli tu z prowincji. Nazwę wymyślił Lian Si, autor książki pod takim właśnie tytułem. Każdego roku dziesiątki tysięcy ludzi przyjeżdża z prowincji by studiować w stolicy.  Kilkadziesiąt tysięcy opuszcza co roku uczelnie trafiając na przepełniony rynek pracy (przewidywania chińskiego Ministerstwa Edukacji na 2011 to 6 600 000 absolwentów w całych Chinach). Koszt wynajęcia małej kawalerki w stolicy to 3000 RMB. Typowa pensja mrówki to 1600 - 2000 RMB.

Setki tysięcy mrówek koczują w specyficznie stołecznym wynalazku – slamsach intelektualistów, na obrzeżach stolicy, gdzie czasem co rano 10000 ludzi czeka na przystanku autobusowych (to brzmi jak fantastyka, jest jednak faktem). Po rolnikach, robotnikach tymczasowych i bezrobotnych, mrówki są czwartą grupą społeczną w stolicy.

[]  Kolejka do taniej stołówki w „slamsach intelektualistów”. (Fot. France24)



  • Przykro mi to mówić, ale nie mam ulubionych miejsc w Beijing. Nie mam ochoty by iść gdziekolwiek w tym mieście. Wszystkie miejsca są jakoś uproszczone. Nie chcesz spojrzeć na mijającego cię przechodnia, ponieważ wiesz dokładnie co zaprząta mu myśli. Żadnej ciekawości. I nikt, nigdy, nawet się z tobą nie pokłóci.


China.org.cn, oficjalna tuba internetowa rządu chińskiego, przyznaje istnienie problemu, ale zaniża jego skalę, szacując liczbę mrówek w Beijing na 100 000 i opisując istnienie jednego tylko slamsu – Tangjialing, tuż poza północną granicą administracyjną stolicy. W samym Tangjialing mieszka około 50000 Mrówek, a slamsów intelektualistów jest w Beijing wiele. Lian Si w 2009 szacował liczbę Mrówek w Beijing na 1 000 000, jednak po roku uznał ostatecznie, iż nie jest ich więcej niż 150 000 . Rządowy portal kończy narrację na pozytywnej nucie, pisząc iż pokolenie Plemienia Mrówek jest optymistyczne i nie obawia się wyzwań, spoglądając ku jasnej przyszłości i realizacji swych marzeń. Mniej optymistycznie brzmi uwaga o trosce autorytetów państwowych, które, pochylone nad dolą Mrówek, przygotowują dla nich nowe przepisy. Dziś przepisy te już funkcjonują, a bijąca od nich łuna przyćmiła cokolwiek jasność optymistycznej przyszłości.



[] Członkowie Plemienia Mrówek próbują złapać autobus do centrum. (Fot. France24)


Optymistyczne dane rządowego portalu niezupełnie zgadzają się z podanymi przez chińskie Ministerstwo Zasobów Ludzkich i Opieki Społecznej, które pod koniec ubiegłego roku ogłosiło, iż z 6 110 000 absolwentów, 74% zdobyło zatrudnienie. Jak łatwo wyliczyć, z jednego tylko rocznika nie ma pracy lub pracuje na czarno ponad 1 500 000 absolwentów szkół wyższych, do tego dodajmy tych z minimalną płacą – ile Mrówek może być w stolicy po dziesięciu latach? China.org.cn, bardzo małym, bladym druczkiem pisze na dole strony, iż komentarze zostaną sprawdzone i te, które nie zawierają treści wulgarnych i odnoszą się do wpisu, będą zazwyczaj zamieszczane. Dane MZLiOS muszą być albo wulgarne (z pewnego punktu widzenia...), albo nie związane z tematem (to zapewne też...).


  • By właściwie zaprojektować Beijing musiałbyś pozwolić miastu na określenie przestrzeni dla różnych zainteresowań, tak, że ludzie mogliby razem żyć, tak, że społeczeństwo byłoby kompletnym organizmem. Miasto to miejsce, które może zaoferować pełnię wolności. W przeciwnym razie jest niekompletne.



W Beijing funkcjonuje grupa tzw. kościołów domowych – grup chrześcijańskich, zarówno rzymsko-katolickich, jak i protestanckich, które nie uzyskały akceptacji władz i jako takie postrzegane są jako nielegalne. Nabożeństwa odprawiane w prywatnych domach są przez władze tolerowane, dopóki liczba uczestników nie przekracza 50 osób. Zgromadzenie 50 osób może być oficjalnie uznane za „spotkanie rodzinne”. Jeśli liczba uczestników przekracza 50 osób, zgromadzenie takie podpada automatycznie pod kategorię „nielegalnej demonstracji politycznej”. Wierni są rutynowo zatrzymywani, spisywani i zwalniani, pastorzy lub księża aresztowani.


  • Nic w mojej sztuce nie reprezentuje Beijing. Gniazdo – nigdy o tym nie myślę. Po Igrzyskach zwykli ludzie już o tym nie mówią, bo Igrzyska nie przyniosły im żadnej radości.


[] Ptasie Gniazdo, stadion olimpijski w Beijing, 
współprojektowany przez Ai Weiwei (Fot.IPO)

Pani Liu Meiling, 42 lata, sprzątaczka w szpitalu Tiantan w Beijing, powiedziała dziennikarzom, że jest szczęśliwa mogąc mieszkać w pobliżu szpitala w którym pracuje. Pani Liu pochodzi z Fuyang w prowincji Anhui. Płaci 200 yuanów, około 30 dolarów po oficjalnym kursie, za domek kampingowy w którym sufit jest sklejony z kartek wyrwanych z gazet i kolorowych magazynów. „Kilka dni temu padało, ale wcale nie przeciekło, to całkiem dobre miejsce” powiedziała pani Liu reporterowi. W kwestii Igrzysk pani Liu była obojętna, jej zdaniem jedyna różnica polegała na tym, że pracownicy dostali nowe uniformy, na wypadek gdyby zdarzyło się leczyć obcokrajowca.


  • Są w Beijing rzeczy pozytywne. Ludziom wciąż rodzą się dzieci. Jest parę ładnych parków. W zeszłym tygodniu spacerowałem w jednym z nich, a ludzie czasem podchodzili do mnie by pokazać uniesiony w górę kciuk lub poklepać mnie po ramieniu. Czemu muszą to robić w takim sekrecie? Nikt nie chce przemówić głośno. Zawsze mi mówią: „Weiwei, wyjedź z tego kraju, proszę”. Albo „Żyj długo i bądź cierpliwy, a zobaczysz jak oni wszyscy umrą”. Albo wyjechać, albo być cierpliwym i patrzeć jak tamci umierają. Naprawdę nie wiem co zrobię.



[] Park Beihai w Beijing. (Fot. Dian Hassan)


  • To co przeszedłem pozwoliło mi zrozumieć, że w tej tkaninie istnieją ukryte miejsca dla ludzi bez tożsamości. Bez nazwisk, tylko z numerami. Nie obchodzi ich dokąd pójdziesz dalej, ani jakie zbrodnie popełniłeś. Widzą cię, albo cię nie widzą, to bez różnicy. Są tysiące takich miejsc. Tylko twoja rodzina płacze, bo zaginąłeś. Ale nie możesz przecież dostać odpowiedzi od rady mieszkańców ani od urzędników, ani nawet na najwyższych szczeblach, od sądu, policji, głowy państwa. Moja żona każdego dnia pisała petycje, każdego dnia dzwoniła na milicję. Gdzie jest mój mąż? Powiedzcie tylko, gdzie jest mój mąż? Nie ma papierów, nie ma informacji.




[] Milicja przed studiem Ai w Beijing. (Fot. Daily Telegraph)


Po kilku tygodniach ciszy Ai Weiwei przerwał milczenie, zaczynając od krótkich notek na Twitterze w rodzaju „odzyskałem już 3 kilo wagi”. W początku sierpnia zaczął pisać o aresztowanym w lutym Ran Yunfei, który wielokrotnie domagał się respektowania w Chinach praw człowieka, i o aresztowanej w marcu Wang Lihong, która protestowała podczas procesu aktywistów praw człowieka w Fuzhou. Pisał też o swych bliskich współpracownikach, asystencie, kierowcy i projektancie, którzy poddawani byli psychicznej i fizycznej przemocy podczas dochodzenia związanego z „możliwym unikaniem podatków”. W oficjalnym wywiadzie dla rządowego portalu The Global Times, Ai powiedział, że obalenie rządu na drodze rewolucji nie rozwiązuje problemów Chin, ale także, że jeśli nie przejmujesz się swoimi prawami, tracisz je, i że nigdy nie przestanie walczyć z niesprawiedliwością. Strona z wywiadem nie jest dostępna w Chinach. Przed kilkoma dniami Ai Weiwei przesłał do The Daily Beast, amerykańskiego portalu informacyjnego Newsweeka, tekst z którego pochodzą wszystkie dołączone tu cytaty. Pytany, dlaczego ponownie zaczął publikować krytyczne wypowiedzi, odpowiedział: "nie mogę milczeć, kiedy cierpią przyjaciele i współpracownicy".


  • Najbardziej wyrazistą cechą tych miejsc jest to, że są całkowicie poza twoją pamięcią, poza rzeczami które znasz. Jesteś w całkowitej izolacji. I nie wiesz jak długo tam będziesz ale naprawdę wierzysz, że mogą z tobą zrobić wszystko. Nie można temu w żaden sposób zaprzeczyć. Nic cię nie chroni. Czemu tu jestem? Twój umysł traci poczucie czasu. To bardzo trudne dla każdego. Nawet dla ludzi o bardzo silnych przekonaniach.


13 lipca 2011 Ai Weiwei przyjął zaoferowane mu przez berliński Universität der Künste stanowisko gościnnego wykładowcy. Mimo niepewności związanej z zakazem opuszczania przez artystę Beijing bez zgody władz, profesor Martin Rennert, rektor uniwersytetu, potwierdził, że uzyskał od Ai „pozytywne sygnały” w kwestii podjęcia przezeń nauczania w najbliższej przyszłości.


  • W tym mieście nie chodzi o innych ludzi, budynki czy ulice, ale o twoją konstrukcję umysłową. Jeśli pamiętamy co Kafka pisał o swym Zamku, możemy choć trochę to odczuć. Miasta to konstrukcje umysłowe. Beijing to senny koszmar. Nieustający senny koszmar.


 [] Samotna mrówka w metrze
- anonimowe video udostępnione przez Jeanshao.


____________
* Wszystkie fragmenty tekstu Ai Weiwei przetłumaczone za The Daily Beast, internetowym serwisem amerykańskiego wydania Newsweeka, z 28 sierpnia 2011.

Thursday, January 23, 2014

Wystaw Pan sobie, Chowański atakuje!


Stare przysłowie pszczół mówi: gdzie dwóch (blogerów) się bije, tam milczenie jest złotem. Poniżej dowód złamania przeze mnie tej zasady. Złamania zasady nie żałuję, żałuję, iż niewiele to dało. Dawno, dawno temu zniknął z blogów  Racza, a Polski Spirit najpierw zrezygnował z anonimowości (błąd to był, Spirycie, moim nieskromnym zdaniem), po czym też przepadł, i tylko internetowy archeolog znajdzie ślady ich heroicznych zmagań w cudzych wpisach i komentarzach.
Trochę ku własnej przestrodze, a trochę przez nieustający sentyment dla obu, jak mawiał poeta, "mocarnych szermierzy", mój antyczny komentarz do antycznej walki postanowiłem zachować.
Wypada jeszcze tylko zauważyć, że niegdyś na Portalu walki na blogowe życie i śmierć toczyli autorzy inteligentni, ciekawi i piszący bardzo dobrą polszczyzną. Jeśli ktoś się zastanawia, z czym chciałbym to porównać, to przypomnę, że przeciwieństwem będą autorzy niezbyt rozgarnięci, piszący wtórne, pełne błędów karykatury tekstów. Nil desperandum, większość publiczności najwyraźniej woli wpisy tego ostatniego gatunku.

Newsweek, Portal Opinii - 26.08.2011


Piękne Panie, Szanowni Panowie, Inne Płci... Ponieważ RaCza i Spirit zaczęli mnie wzywać na świadka (co jest niemożliwe i mam na to odpowiednie zaświadczenia) stąd, odmawiając jakichkolwiek świadczeń, pozwolę sobie przedstawić własne zdanie.
Najpierw tytułem wstępu: Spiryt pisze, że RaCza zarzucał mi błędy w angielskim. Wyjaśniam niniejszym, nie zarzucał, bo i nie bardzo miał jak, jako że we wspomnianym cytacie z Good Morning, Vietnam (czyli: "you are in more dire need of a...") takowych bym nie popełnił (chwalmy się sami, nikt lepiej od nas tego nie uczyni :)
RaCza pisze, że między mną a nim nie ma sporu. Spór lub dyskusja jest, dotyczy on/ona mojego niezbywalnego prawa do wstawiania tekstów angielskich do komentarzy i wpisów polskich (i dodam, nie tylko angielskich). Co zabawne, mam wrażenie, że w tym konkretnym sporze Spirit i RaCza stoją po jednej stronie. Tu mogę tylko smutno pokiwać głową i powiedzieć Wam: zaiste, błądzicie!

W TYM MIEJSCU, CO BARDZIEJ WRAŻLIWE CZYTELNICZKI I CZYTELNIKÓW BLOGU PROSZĘ O ZAPRZESTANIE CZYTANIA ZE WZGLĘDU NA ZAMIESZCZENIE PRZEZE MNIE TREŚCI UZNAWANYCH POWSZECHNIE ZA NIEPRZYSTOJNE.

Dla Was obu mam niniejszym dwie, alternatywne propozycje.


PROPOZYCJA PIERWSZA

Czyli jak powiedział JWXsiąże Wiśniowiecki do Pana Michała:
-   Wystaw Pan sobie, Chowański atakuje!

Zorganizuję Wam spotkanie, w dowolnie wybranym przez Was mieście w Polsce, pod warunkiem, że będzie to Kraków (nikt z nas, zdaje się, nie jest z Krakowa, a ja lubię Kraków). Tam, w dobrym hotelu, w kulturalnej atmosferze, przy szklance dowolnie wybranego trunku (którym będzie Lagavulin r. 76) wyciągniecie i porównacie, a zaproszone przeze mnie dwie Agentki Specjalne, z dwóch różnych, poleconych przez losowo wybranego taksówkarza, właściwych Agencji, dokonają stosownych pomiarów i ogłoszą werdykt. Moje wieloletnie doświadczenie, związane z różnymi aspektami dzieł sztuki i ich funkcjonowania w warunkach międzynarodowego wolnego rynku, gwarantuje odpowiedni poziom jurorek. By zaś zagwarantować pełną obiektywność i brak uprzedzeń czy faworytów, obie jurorki będą cudzoziemkami, które nie znają języka polskiego, nie mogą więc być Waszymi czytelniczkami.
Oczywiście całość odbędzie się na wasz koszt; jeśli zdecydujecie się na to rozwiązanie, przedstawię pełny kosztorys. Tu z góry zaznaczam, że koszt będzie uwzględniał podróż dwóch osób do Toskanii (rejon San Gimignano) i dwa tygodnie spędzone w dowolnie wybranym pensjonacie, konieczne ze względu na odreagowanie stresów. (Nie, wy nie jedziecie!)
Po stosownym odreagowaniu stresów, wyniki pomiarów zostaną przeze mnie ogłoszone w Portalu Opinii i (po uzyskaniu zgody właściwych redaktorów naczelnych) w polskich edycjach Playboya i Przyjaciółki.

...co Pan Michał tak później opisywał Panu Zagłobie:
-   Ja sobie więc wystawiłem, a Xsiąże Pan jak mnie nie lunie w pysk! Inna rzecz, że to się działo we fraucymerze Xsiężnej Anny...




Ponieważ propozycja pierwsza jest związana ze sporymi wydatkami mam alternatywną propozycję drugą.


PROPOZYCJA DRUGA


Zapomniałam Twoje oczy!

Zapomnijcie o swoim istnieniu. W 100%. Spirit przestań zauważać istnienie RaCzy i pisać,że jego wpisy i komentarze dowodzą co to za typ. RaCza przestań wymyślać nowe wersje nicka Spirita i wstawiać je do kolejnych komentarzy z przejrzystymi aluzjami pod jego adresem. Przede wszystkim, absolutnie NIE czytajcie nawzajem swoich wpisów i starajcie się nie czytać komentarzy, a jak już przypadkowo przeczytacie powiedzcie sobie to wredna prowokacja, ale nic nie odpiszę i jeszcze dam plus za umiejętność wydawania dźwięków, nietypową dla tego gatunku
Ja wiem, to będzie trudne. Czasem mam wrażenie, że zapętliliście się tak bardzo, że nie możecie już bez siebie funkcjonować. To będzie jak odwyk. Ale trzeba to przejść. Bądźcie dzielni! Jak Roman Bratny! Pamiętajcie, każdy program trzeba zacząć od pierwszego kroku! Poza tym bardzo pomaga filiżanka kakao, śpiewy chóralne i myślenie o małych, pluszowych zwierzątkach (z wbitymi w nie szpilkami).

- Jestem RaCza i jestem uzależniony od docinania Spiritowi w co trzecim komentarzu...

- Witaj, Racza!

- Jestem Spirit i jestem uzależniony od wytykania przywar RaCzy w co trzecim komentarzu...

- Witaj, Spirit!



WSZYSTKICH CZYTELNIKÓW REDAKCJI SERDECZNIE POZDRAWIAM I ZAZNACZAM, IŻ PŁEĆ SĘDZIÓW W PROPOZYCJI PIERWSZEJ NIE MA CHARAKTERU DYSKRYMINUJĄCEGO MĘŻCZYZN, A JEDYNIE STANOWI KONSEKWENCJĘ UZNANIA WOBEC ZNANEGO POWSZECHNIE DARU OBSERWACJI, CHARAKTERYSTYCZNEGO DLA PŁCI PIĘKNEJ. JAKIEKOLWIEK PODOBIEŃSTWO KRAKOWA DO KRAKOWA JEST CAŁKOWICIE PRZYPADKOWE!

PS. Dwa jeszcze, zachowane ślady tamtych potyczek w tekstach ówczesnego modratora Portalu Opinii:
Słowo na niedzielę.
Nie każcie mi być palantem, proszę!



Sunday, January 19, 2014

Żywe pejzaże – Huang Yan

Chwilowy powrót do (coraz bardziej teoretycznie) głównego tematu blogu, czyli jeszcze jeden wpis wymagający dalszej obróbki...

Newsweek, Portal Opinii - 08.06.2011



  • Wyobraź sobie, że jesteś zamknięty w pokoju i że w tym pokoju jest kilka koszy pełnych chińskich znaków. 

  • Nie znasz ani słowa z języka chińskiego, ale dostałeś książkę zawierającą reguły porządkowania znaków. 

  • Ksiażka podaje wyłącznie reguły składni, nie mówiąc nic o znaczeniach. Będą to więc reguły w rodzaju „weź taki i taki znak z kosza nr jeden i postaw go za takim i takim znakiem z kosza nr dwa”. 

  • Wyobraź sobie teraz, że do pokoju dostarczane są kolejne znaki, a ty otrzymujesz kolejne reguły dotyczące ich zestawiania i odsyłania na zewnątrz. 

  • Załóżmy teraz, że choć ty o tym nie wiesz, to znaki jakie dostarczane są do pokoju, przez ludzi na zewnątrz nazywane są „pytaniami”, a zestawy znaków jakie odsyłasz nazywane są tam „odpowiedziami na pytania”. 

  • Załóżmy dalej, że programiści są tak dobrzy w przygotowaniu reguł, a ty jesteś tak dobry w zestawianiu znaków, że wkrótce twoje odpowiedzi stają się nie do odróżnienia od tych, jakie mógłby sformułować ktoś, kto mówi po chińsku od urodzenia. 

  • Ty zaś jesteś tylko zamknięty w tym pokoju przestawiając owe chińske znaki i odsyłając je w odpowiedzi na znaki nadchodzące.


John Searle, polemizując z teoretykami sztucznej inteligencji (chodzi o inteligencję komputerową, nie tzw. wykształciuchów) przedstawił niegdyś argument filozoficzny znany jako „chiński pokój”. Za Morelandem i Rae, argument chińskiego pokoju pozwalam sobie  swobodnie zaprezentować w zupełnie innym kontekście.

Stosując rodzaj programu komputerowego, z punktu widzenia zewnętrznego obserwatora zachowujesz się tak, jakbyś rozumiał język chiński, choć jednocześnie nie rozumiesz ani jednego słowa. To co robisz, to skuteczna imitacja znajomości języka chińskiego. Argument skuteczny w dyskusji o sztucznej inteligencji można odnieść także do dyskutowania o sztuce. Edukacja, doświadczenie, wyrabiają w nas sztywne reguły wg których odruchowo porządkujemy „chińszczyznę” jaką czasem zdaża nam się zobaczyć. Plastikowy Budda z kiwającą się główką równa się stragan dla turystów, równa się kicz. Góry w czarnych, surowych liniach tuszu, równa się zwój chiński, równa się dzieło sztuki. Malowany pejzaż chiński przeniesiony na ciało ludzkie równa się tatuaż? Równa się..?

[] Huang Yan na tle autoportretu; 2009. 
Fot. za: Michelle Newman

Pejzaż towarzyszy sztuce chińskiej od czasów starożytnych. Najstarsze znane przedstawienia pejzażu w Chinach pochodzą z czasów dynastii Han: 206 p.n.e. – 220 n.e., ich jakość sugeruje istnienie wcześniejszych, nieznanych nam dzieł. Od ponad 2000 lat malowanie pejzażu, oglądanie malarstwa pejzażowego, refleksja o obrazach pejzażowych stanowią ważną część społecznej kultury Chin. Pośród twórców współczesnej sztuki chińskiej, szukających swego miejsca między tradycją a nowoczesnością, własną, szczególną formułę malarstwa pejzażowego przyjął Huang Yan.

[] Huang Yan, Pejzaż – Tatuaże, seria 4; 1999.

Huang Yan, urodzony w 1966 w Jilin, w prowincji Jilin, w 1987 ukończył Akademię Changchun w Changchun, prowincji Jilin, gdzie dziś jest profesorem. I to w zasadzie cała bibliografia jaką artysta ujawnia publiczności. W 1999 roku Huang rozpoczął wykonywanie serii fotografii cyklu Pejzaże. Zdjęcia pokazują połączenie chińskiego, tradycyjnego malarstwa pejzażowego z ciałem ludzkim – artysta lub jego żona, malarka Zhang Tiemei, malują na ciele modela (często sami są modelami) pejzaż w tradycyjnym stylu, odwołujący się do dzieł tradycyjnego malarstwa chińskiego. Nie są to kopie istniejących dzieł, oboje malują nowe obrazy kontynuujące styl dawnych mistrzów pejzażu, zachowując konwencje sztuki dawnej. Huang następnie wykonuje szereg fotografii modela, którego pozy zmieniają formy namalowanego pejzażu. Podążając innym tokiem rozumowania, w jego fotografiach pejzaż zmienia swe formy dostosowując się do zmian póz modela. Pejzaż i ciało ludzkie wzajemnie na siebie działają i od widza – od nas więc – zależy czy będzie to harmonijna koegzystencja, czy raczej współzawodnictwo. Jeśli widz uzna, że jest to swoista walka o wizualną przewagę, sam musi rozstrzygnąć, która strona tę walkę wygrywa. Czy to pejzaż podporządkowuje sobie ciało ludzkie sprowadzając je do funkcji tylko tła, czy raczej ciało ludzkie dominuje, a pejzaż staje się tylko jego dekoracją?
[] Huang Yan, Pejzaż baletu, 4; 2006.
Fot. i cały cykl: Michele Mosco Gallery.

Huang Yan podaje czasem widzowi krótkie wskazówki, mówiąc iż pejzaż jest drogą wyrażenia mnie samego, czy też, że (pejzaż) jest stanem spokoju, miejscem przebywania (przechowywania) mojego ciała. Stwierdza wreszcie, że pejzaż jest dla mnie odrzuceniem sporów świata i sposobem wyzwolenia moich idei buddyzmu Chan [jap. Zen].

Pejzaż stanowi ośrodek artystycznego pomysłu Huanga a użycie ciała jako medium zmienia radykalnie sposób jego odbioru. Tradycyjna forma malarska gubi swój oryginalny kontekst zwojów wiszących na ścianach zacisznych gabinetów literati. Artysta zmusza zmieszanego (nie wstrząśniętego) odbiorcę do próby określenia nowego, własnego miejsca dla oglądanego dzieła. Nie tylko ciało żywego modela może być medium służącym jako miejsce malowania dawnego pejzażu. Huang stopniowo poszerzył formułę swych prac, włączając jako media istniejące, cieszące się popularnością dzieła sztuki przedstawiające znane postaci – rzeźby Mao, zdjęcia Elvisa, a także zwykłe przedmioty -fragmenty ubrań, sztućce, nawet kawałki mięsa.

[] Huang Yan, Brother and sister, nr.3; 2006.

By zrozumieć sposób myślenia o ciele ludzkim we współczesnych Chinach, musimy przypomnieć istotną część ideologii maoistycznej negującej znaczenie wszelkich czynników nie-materialnych i sprowadzającej znaczenie człowieka do jego najbardziej funkcjonalnych aspektów. Kontrola nad jednostką jest kontrolą nad ciałem. Wysłanie „zagubionego” intelektualisty do „miejsca reedukacji” miało (a czasem i nadal ma) prowadzić do całkowitego rozbicia jego charakteru. To co po reedukacji pozostaje, to samo ciało, które po ponownym, poprawionym „złożeniu” charakteru może być nadal wykorzystywane przez państwo. Ciało jest więc przedmiotem, którym można manipulować. Jest ono jedyną, wyłączną właściwością człowieka. Właściwością, ale nie własnością, gdyż ta leży w pełnej dyspozycji państwa. By powrócić do kontekstu argumentu Searla, taki sposób myślenia i wynikający zeń zabieg „reedukacji” można porównać do korekty źle działającej maszyny, która zamiast oczekiwanych komunikatów w języku chińskim zaczęła nagle produkować ciąg nonsensownych znaków. Trzeba więc przeprogramować ośrodek sterujący maszyny, by można było ją ponownie wykorzystać. Termin „pranie mózgu” zawdzięczamy językowi chińskiemu. Chiński zwrot xǐ nǎo ( 洗腦, wym. si-nao) dosłownie „mycie/czyszczenie + mózg” pojawił się w powszechnym użyciu mniej więcej w latach wojny koreańskiej. Maoiści używali go dla obrazowego nazwania teorii według której indywidua reprezentujące imperialistyczne poglądy można było przetworzyć w „prawidłowo-myślących” członków socjalistycznego społeczeństwa. Termin ten nie powstał w Chinach z niczego, to Mao z upodobaniem wspierający nowe wersje dawnych terminów filozofii chińskiej zaakceptował modyfikację taoistycznego zwrotu xǐxīn (洗心, wym. si-sin) oznaczającego oczyszczenia serca/umysłu (drugi znak, xīn, oznacza serce, centrum, duszę, charakter, ideę). Symboliczne i mentalne oczyszczenia jakiego taoiści dokonywali przed przystąpieniem do ceremonii lub wkroczeniem do miejsc o szczególnym znaczeniu zostało wymienione na proces gruntownego łamania osobowości.

[] Huang Yan, Pejzaż na czapce uniformu maoistowskiego; 2007.

W buddyzmie Chan, termin xǐxīn odnosi się do oczyszczenia serca/umysłu z gonitwy myśli i z podążania za emocjami. Huang Yan, który podkreśla swój związek z buddyzmem Chan, malując pejzaż na ciele ludzkim dokonuje symbolicznego oczyszczenia poprzez przywrócenie człowieka do miejsca spokoju i usunięcie z jego organizmu zamętu świata.


[] Huang Yan, Chińskie pejzaże 
– Cztery pory roku: Jesień; 2006.

Podobny zabieg, dokonany na popiersiu Mao, zyskuje wyjątkowy kontekst polityczny i społeczny związany ze skomplikowanym postrzeganiem Mao we współczesnym społeczeństwie chińskim. Mao, pokryty pejzażem, zostaje zdemitologizowany, oczyszczony z wszechmocy ideologii. Jednocześnie wizerunek Przewodniczącego i to wszystko co reprezentuje sobą jego popiersie zostaje włączone w obszar dawnego pejzażu chińskiego, przeniesione do historii, staje się częścią tradycji. Xǐxīn jest w tym wypadku puryfikacją brutalnych fragmentów niedawnych dziejów Chin.








[] Huang Yan, Mao Zedong;
    2003-2006

W tradycyjnym malarstwie chińskim zazwyczaj określa się dwa dominujące nurty: gongbi i xieyi .Xieyi, „szkic pędzlem”, znany też jako Shui Mo – „woda i tusz”, to styl w którym zasadnicze znaczenie miało przedstawienie esencji i ducha scenerii i obiektu tudzież uczuć malarza; twórcy malujący w tym stylu używali ograniczonej linii swobodnych, zdecydowanie nakreślonych linii, eliminując większość szczegółów na rzecz ekspresji momentu. Wiążąc malarstwo z filozofią można, przy dopuszczeniu swobody interpretacji, połączyć styl „schludny” z konfucjonizmem, podczas gdy styl „szkicu” ma więcej wspólnego z taoizmem i buddyzmem – często zresztą jego warianty służyły wyrażaniu myśli obu tych sposobów postrzegania rzeczywistości. Gongbi można przekładać jako „schludny pędzel” i jak wskazuje to określenie jest to znacznie bardziej formalny styl związany z artystami dworskimi (choć bynajmniej nie ograniczający się do nich), charakteryzujący się starannym odtworzeniem szczegółów scenerii i przedmiotów i zmierzający do realistycznego odtworzenia widoku. Huang Yan, w swych fotografiach posługuje się obydwoma, wybierając je w zależności od modela i tematu.

[] Tatuaż; 1999.
W języku chińskim istnieje wiele synonimów słowa krajobraz. W dyskusjach o sztuce najczęściej występują dwa: shanshuei hua czyli „obraz gór i wód” oraz „fengjing”. To drugie słowo, tłumaczone jako „krajobraz” składa się z dwóch znaków. Pierwszy – „feng” oznacza wiatr, drugi – „jing” to miejsce, widok, wista, w sumie mamy więc „widok wiatru”. Termin „widok wiatru”, powoduje naturalne pytanie – jak można namalować wiatr? Czy w ogóle można wiatr zobaczyć? Nie widzimy przecież wiatru jako takiego. Postrzegamy go poprzez skutki jego działania – poruszające się gałęzie drzew, przygięte trawy, kłębek chrustu toczący się po piasku. W swej metaforycznej wieloznaczności termin „fengjing” przywołuje koncepcję daoistyczną, w której nie możemy dostrzec ani opisać dao (ani, tym bardziej, „ziran”), możemy jedynie pośrednio o nich wnioskować obserwując ich działanie w otaczającej nas rzeczywistości.

[] Malowanie twarzy – Kwiaty, 2004,
 Kwiat Śliwy, Orchidea, Bambus,Chryzantema.

Sijunzi – Czterech Dżentelmenów, to cztery rośliny słynne z wyrafinowanego piękna to temat popularny od czasów dynastii Song. Należą do pokrewnej pejzażowi grupy „obrazy ptaków i kwiatów” huāniǎo-huà. Popularne w malarstwie taoistycznym, namalowane jako cykl reprezentują cztery pory roku, każda z nich tę, w której jej estetyka jest najbardziej widoczna: kwiat śliwy – zimę, orchidea – wiosnę, bambus – lato, chryzantema – jesień.

W 1998 Denis Cosgrove zaproponował by pejzaż definiować jako „rodzaj spojrzenia” raczej niż jako konkretny OBRAZ czy OBIEKT. Dowodził on, że rozumienie pejzażu ma charakter ideologiczny, przedstawia ono sposób w jaki określona klasa społeczna obrazuje siebie i swoją własność. Z teorii marksizmu na której ta definicja się – w dość oczywisty sposób – opiera, nie pozostało dziś wiele, nie znaczy to jednak, że sama definicja jest fałszywa. Ma ona wszak wciąż spore znaczenie w oficjalnym języku współczesnych Chin i choć dzisiejsi biurokraci Państwa Środka porzucili część pryncypiów Wielkiego Przewodniczącego na rzecz dziwacznego kom-pitalizumu (czy może ka-munizmu?), to Marks w Chinach mocno trzyma się piedestału, a w oczach urzędników popiersia Mao nadal żądają szacunku. To, co robi Huang Yan, dla "komunistów o specyfice chińskiej" jest działaniem aspołecznym, jest zasługującym na surową karę odpowiednikiem malowania graffiti na ścianie rządowego budynku.


[] Huang Yan, Pejzaż – Banff; 2008.
 Fot: The Banff Center

W czasach dynastii Song, nazywanych niekiedy chińskim renesansem, sztuka malowania pejzażu nazywana była „sztuką natury”. Artyści podróżowali wśród gór i rzek, przekraczając bariery jakie stawiają codzienne problemy życia. Wśród natury dokonywali introspekcji, poszukując duchowej wolności i oderwania od społecznych zobowiązań. Christopher Crouch trafnie zauważył, że kiedy przedstawiali oni naturę, ich celem nie było realistyczne powtórzenie linii wzgórz i drzew; przekształcając to, co widzieli w obraz, tworzyli oni emocjonalne ekspresje samych siebie w których linie kreślone tuszem korespondowały ze złożonością fizycznego świata, demonstrując taoistyczną naturalność.

Propagandziści komunizmu wzywający do zerwania z tradycją wołali często: „nienawidź swej przeszłości byś wygrał swą przyszłość”, jak zauważył Robert Jay Lifton, jednocześnie wszak dyskretnie dawali do zrozumienia: „jednak nie przesadzaj w tym nienawidzeniu przeszłości – zachowaj dla nas uczucie powinności jakie żywiłeś wobec rodziców”

Fotografie Huanga łączą współczesność - ciało żywego człowieka - z przeszłością - tradycyjnym malarstwem chińskim. I już tylko można zapytać: hen hao (bardzo dobrze), ale czy to znaczy, że przeszłość jest w teraźniejszości obecna, a Huang Yan potrafi to dostrzec, i zaznaczyć kreską, czy raczej znaczy to, że fragmenty przeszłości są tylko przypadkowymi dekoracjami, pozbawionymi znaczeń ozdóbkami nakładanymi czasem na blask teraźniejszości, czasem na jej przytłaczającą szarość ?

Czy w chińskim pokoju jest Chińczyk, który, po chwili stosownej refleksji, odpowiada na pytania widzów, wykorzystując swą znajomość kultury i języka chińskiego, czy raczej ktoś zupełnie przypadkowy, dysponujący dobrym zestawem reguł?





 [] Huang Yan: Retrospektywa ostatnich 5 lat; wystawa w Hong Kong Arts Centre, listopad 2010.

______________________________



Polski–dom–publiczny (June 8, 2011 at 11:57 am)
@Marlow
trzeba było z Chińczykami podpisać umowę na wytatuowanie polityków ładnymi pejzażami zamiast budowę autostrad – coś miłego dla oka bysmy z tego mieli :)


Marlow (June 8, 2011 at 12:26 pm)
@Polski–dom–publiczny No i jednak aż tyle kasy by nie poszło ;)


Polski–dom–publiczny (June 8, 2011 at 1:25 pm)
@Marlow
wolę juz k**** łazić po wyboistych drogach niż patrzeć na te tępe ryje :)
stawiam na tatuowanie polityków aby stali się choć w ten sposób dziełem sztuki zamiast byc wyłącznie sztuką mięsa


Marlow (June 8, 2011 at 3:22 pm)
@Polski–dom–publiczny ale co do ilości kasy, mogę się mylić, tak się zastanowiłem i wyszło mi, że jest to jednak od cholery powierzchni… Co gorzej, artyści się nie zgodzą, co innego malować pejzaż na ciele baletnicy (ach! dawać mi tu farby!) albo choćby na ciele zwykłego faceta, który na co dzień jest kasjerem w supermarkecie, ale na ciele polityka? Można od tego wzrok stracić…
Swoją drogą, jak upał potrzyma, wrzucę coś o Chińczyku, który maluje portrety oficjeli ;)



Polski–dom–publiczny (June 8, 2011 at 4:20 pm)
@Marlow
jakby na to nie patrzeć – trzeba im przed wyborami coś na mordę chlapnąć, bo nie idzie w naturze tego wytrzymać


Stiller (June 8, 2011 at 6:54 pm)
Fantastyczne rzeczy. Niech zgadnę- jest Pan sinologiem podszytym historią sztuki ?
Mój kumpel z dawnej przeszłości śpiewał przy akompaniamencie Hohner Blues Harp, chyba G,tekst, który do dziś nie opuścił mi głowy:
“chodźmy miła za garaże;
tam ci wskażę tatuaże”.
Potem spotkalem innego kolesia, który pod grzywką, nad oczami pełnymi slowiańskiego smutku wytatulowany miał napis;
“Boże kobznij rozum”
Obydwu sprawom daleko jednak było do artyzmu , o którym Pan pisze.
Respekt.
pozdrawiam :))


Marlow (June 9, 2011 at 1:37 am)
@stiller Ach… Hohner Blues Harp, klasyka! Ale jak Pan spotka kumpla, proszę mu powiedzieć, że Lee Oskar Melody Maker ma naprawdę rewelacyjny dźwięk, ostatnio się przerzucilem ;)
Nie, to nie znaczy, że umiem grać na harmonijce, niestety, to jedynie znaczy, że lubię :(
Pozdrowienia!


Stiller (June 9, 2011 at 7:34 pm)
Lee Oskar-lza sie w oku kreci. “War” czarno bialy zespol z przewga czerni i bialym blaskiem Lee Oscara.Sisco Kid…
I jeszcze; Czytalem panski wpis o pomniku. Ogladalem zdjecia. Dzieki. Genialna bryla, wyjatkowo elegancki skrot. Forma i kolor-traaanscendentalne jak mawial Wienieczka.
Siermiezna alternatywa naszej artystki robi podobnie pironujace wrazenie na odwrot.
Przestrzenna paplanina.
Wymowka, ze o gustach sie nie dyskutuje w tym wypadku nie ma sensu bo proponowany erzac sztuki jest bezgusciem i trudno o tym milczec.
pozdrawiam:))


el Mohero (September 19, 2011 at 2:27 pm)
@Polski–dom–publiczny
Popieram “polski spirit” “wolę juz (..) łazić po wyboistych drogach niż patrzeć na te tępe ryje”
@Marlow
Myślę, że John Searle jest po części w błędzie. “Chiński pokój” jest prawdziwy dla pytań, na które jest tylko jedna odpowiedź, np. tabliczka mnożenia. Dla pytań, na które jest więcej niż jedna prawdziwa odpowiedź nie będzie toto działało. Wykluczone pytania abstrakcyjne, np. Jaka jest dziś pogoda? W czapeczce mi do do twarzy? ;)


Marlow (September 19, 2011 at 3:30 pm)
@elmohero Masz całkowitą rację, ale może zacznę od początku :)
Całkiem świadomie stawiam argument Searla poza jego oryginalnym kontekstem – czyli poza badaniem AI, co więcej, dość mocno zmieniam jego wymowę – stąd zastrzeżenie o “swobodzie” jego przedstawienia.
Upraszczając (chyba w dozwolonych granicach) problem: Searl argumentuje, iż skoro w określonych warunkach efekty działania AI i HI są praktycznie równorzędne, to znaczy, że – znów w określonych warunkach – AI jest praktycznie równorzędna HI. Nie wszyscy muszą być “w temaciu” :) : AI to sztuczna inteligencja (w sensie programu komputerowego), HI to inteligencja człowieka.
Nie zgadzam się z tezą Searla – dlatego, kiedy wprowadziłem ten przykład wymieniłem praktyczną znajomość języka (tak powinno być wg Searla) na imitację znajomości języka.
Zgadzam się w 100% – niejednoznacze pytania wymagające odpowiedzi wieloznacznych skutecznie podważają argument Searla.
Co więcej, taki dokładnie jest sens umieszczenia argumentu Searla w moim tekście; pozorność prostej akceptacji “uroku” pejzażu chińskiego przez np. XIX-wieczny salon europejski była zaledwie imitacją rozumienia sztuki Chin. Europejczycy i Chińczycy mówili mniej więcej to samo o tych samych chińskichobrazach, jednak “rozumienie” sztuki chińskiej przez koneserów europejskich było tylko pozorne, było imitacją rzeczywistego rozumienia – takie wymagałoby albo wielu lat studiów kultury chińskiej, albo bardzo rzadkiego poziomu intuicji estetycznej. Oczywiście uogólniam, były w XIX wieku przykłady świetnych analiz sztuki azjatyckiej w tekstach zachodnich – taki np.William Michael Rosetti prezentował, moim zdaniem, niewiarygodną intuicję estetyczną.
W tej chwili, po rewolucji kulturalnej, nawet w samych Chinach rozumienie sztuki tradycyjnej jest bardzo słabe. Huang Yan konstruuje w sztuce właśnie to o czym piszesz w komentarzu – niejednoznaczne pytania, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi, i które w konsekwencji demonstrują pozorność “estetycznej sztucznej inteligencji”. Swoją drogą, jego dzieła powstawały początkowo w Chinach i to do chińskiego odbiorcy były adresowane, jako swoist rozliczenie ze spustoszeniem uczynionym przez rewolucję kulturalną -to w jego wczesnych pracach jest czasem znacznie bardziej bezpośrednie niż wybranych przykładach. Szybko wszak okazało się, że problem lepiej nawet pasuje do percepcji sztuki chińskiej w tradycji euro-amerykańskiej.
Jeszcze ciekawostka: popularność Huang Yana wśród obiorców zachodnich pokazała, że “estetyczna sztuczna inteligencja” może być bardzo odporna na tego typu działanie, ponieważ obraz jest chiński i ponieważ autor jest Chińczykiem, logiczny związek między zdaniami zostaje po prostu zakwalifikowany jako pojedyncze zdanie. W odpowiedzi Huang Yan zaczyna fotografować namalowane na ciele tematy zachodnie – zobaczymy co będzie dalej ;)


el Mohero (September 19, 2011 at 8:42 pm)
@Marlow
W młodości zaczytywałem się w chińskich legendach i byłem zafascynowany byłem historią i religiami tego państwa. Ostatnia – mandżurska dynastia Qing była traktowana przez Hanów jako zaborcy (coś przez 300 lat), tak jak dla nas Rosjanie. Jestem zdania, że odzyskanie niepodległości i utworzenie ChRL (1949) pozwoliło Chińczykom odzyskać dumę narodową, a Mao to splugawił wszystko.
W porównaniu z europejskim pojęciem “wandalizm”, rewolucja (nie)kulturalna to “Sodoma i Gomora” – boski Mao prawie unicestwił dorobek kulturalny swego narodu. Nie wiem tylko czy naśladował hitlerowców (1933), czy cesarza Czenga (213 pne).
Można jedynie wierzyć, że po ciemnogrodzie następuje renesans.
I będziesz miał o czym pisać, bo to świetny artykuł.


Marlow (September 19, 2011, 10:56 pm)
@elmohero Dzięki. Co do rewolucji kulturalnej, to skala zniszczeń – i fizycznych i, nazwijmy to, społecznych, jest po prostu trudna do wyobrażenia… O Pierwszym Cesarzu Qin (Cin) to już naprawdę kiedy indziej :)

Kto nas robi w pomnik?


Pomników ciąg dalszy, czyli sławny, bądź też niesławny - w zależności od gustów - rzymski pomnik Jana Pawła II na placu Cinquecento. Ciekawa była to sprawa, kiedy mogliśmy w najbardziej bezpośredni sposób skonfrontować recepcję przestrzeni publicznej i sztuki współczesnej w Polsce i we Włoszech. Oryginalna, nowoczesna koncepcja Rainaldiego zyskała ostrożną akceptację nawet wśród konserwatywnych krytyków watykańskich. Tymczasem w Warszawie, na wieść o protestach, natychmiast uaktywniła się polska szkoła cukrownictwa pomnikowego. Jak wielkie musiało być rozczarowanie reprezentatnki tej szkoły, gdy wielebni członkowie watykańskiej komisji powiedzieli: "nie, nie, absolutnie nie zamierzamy usuwać pracy Reinaldiego, tam potrzebne są wyłącznie kosmetyczne poprawki, bo jest kilka technicznych niedoróbek, pani już dziękujemy..."

Newsweek, Portal Opinii - 28.05.2011

Na chwilę tylko człowiek zajrzy do Rzymu a tu kolejny pomnik Jana Pawła II i kolejne kłótnie.  Oto przez nasze ukochane media przebiegła informacja, iż zaprojektowany przez Oliviero Rainaldiego wizerunek Jana Pawła II, ustawiony przed kilkoma dniami na placu Cinquecento w Rzymie, wzbudził niechęć zarówno Watykanu, jak i znacznej części Rzymian.

Papieska Rada Kultury wprawdzie zaakceptowała swego czasu wstępne szkice Rainaldiego, jednak komentarze l’Osservatore Romano po odsłonięciu pomnika można w najlepszym razie określić mianem „chłodnych”.  Sandro Barbagallo, krytyk współpracujący z l’Osservatore, w ubiegły piątek uderzył w dramatyczne tony opisując swoje wrażenia z obcowania z kreacją Rainaldiego:
Oto znajdujemy się pośród placu w obliczu jakiegoś gwałtownego wybuchu, jakby bomby, skumulowanego w formie peleryny, która to w efekcie przybiera kształt niby budki strażniczej, na domiar wszystkiego zwieńczonej głową papieża, zdecydowanie zbyt kulistą w swej formie.
(Rozwinięcie na blogu Rainaldiego)

Barbagallo wyjaśnia przy okazji jak to możliwe, że doszło do zatwierdzenia przez Papieską Radę Kultury w osobie kardynała Gianfranco Ravassiego rozczarowującego (jego zdaniem) projektu Rainaldiego. Otóż szkic przedstawiony przez artystę i zatwierdzony przez szacownych członków Rady prezentował una simbologia molto più evidente czyli „symbolikę o wiele bardziej oczywistą" niż ostateczna forma pomnika. Hmmm. Po pierwsze primo, to kwestia dyskusyjna.  Po drugie primo, warto zauważyć, iż najwyraźniej istotnym kryterium wyboru rzeźby jest oczywistość symboliki. I pomyśleć, że są ludzie, którym wydaje się, że socrealizm skończył się wiele lat temu...
Przesłany na konkurs wstępny szkic Rainaldiego bez wątpienia był bardziej oczywisty, na dowód czego pan Barbagallo uprzejmie załączył zdjęcie:

[] Szkic Rainaldiego przedstawiony Papieskiej Radzie Kultury
Sandro Barbagallo zapomniał wszak wspomnieć, że na poły realistyczne szkice towarzyszą u Rainaldiego kompozycjom rzeźbiarskim zdecydowanie przekraczającym reguły sztuki przedstawiającej – przekładem mogą być prace z jego cyklu Caduti („Polegli” lub „Upadli”) z lat 1996-2006, lub szereg prac inspirowanych postacią Jana Pawła II. W myśl tekstu Barbagallo, artysta właściwie oszukał szacowne grono ekspertów, pokazując zupełnie coś innego, niż miał zamiar wykonać. Tymczasem Raindaldi wyszedł raczej z typowego dla artystów założenia, że każdy liczący się ekspert powinien wiedzieć jaki jest jego – Rainaldiego – sposób pracy z dziełem, a jeśli nie wie, to co z niego za ekspert? By ustawić to we właściwym kontekście – Rainaldi nie jest zapewne najbardziej znanym artystą włoskim, ale jest jednak twórcą o dość sporym dorobku, skądinąd znanym także kościołowi, jako że jego prace były dwukrotnie wybierane przez Konferencję Episkopatu Umbrii i prezentowane w Asyżu.







[] Oliviero Rainaldi, Cykl „Caduti” 1995-98.

W tym konkretnym wypadku jakże łatwo ulec złudzeniu, że ktoś z Rady Kultury będzie cokolwiek wiedział o kulturze...
Barbagallo krzywi się w swym tekście na kiepskie, właściwie beznadziejne oddanie rysów Jana Pawła II w najnowszym pomniku. W rzeczy samej, oglądający monument turyści i Rzymianie pod względem fizjonomicznego podobieństwa lokują fizjonomię postaci gdzieś między Janem XXIII (ci bardziej uprzejmi) a Benito Mussolinim (mniej uprzejmi). Podobieństwo do osobnika zwanego "Il Duce" stwierdził pan Antonio Lamonica (lat 71) który podczas wizyty na skwerku podzielił się swą obserwacją z włoskim reporterem, tym samym zyskując ulotny, acz bezcenny moment sławy dla siebie oraz dla swej małżonki, która dodała natychmiast: to brzydkie, bardzo brzydkie. Ich właśnie krytykę z ponurą satysfakcją przytacza Sandro Barbagallo.
Dodajmy do tego obawę, jaką wyrazili (niestety anonimowi) mieszkańcy okolic dworca Termini, mówiąc, iż otwarte wnętrze rzeźby stanie się noclegownią dla bezdomnych.
Póki co, Rzymianie i turyści zatrzymują się przed rzeźbą, pstrykają fotki i kiwają głowami, jedni z zamyśleniem, inni z sympatią, jeszcze inni z niechęcią – wszystkie trzy reakcje udało mi się wielokrotnie zaobserwować w ciągu raptem pół godziny. Chyba najwięcej było tych zamyślonych, zastanawiających się, czy to w sumie dobra rzeźba, czy beznadziejna.
Przyciągnięty zachowaniami większości widzów i ja zacząłem się zastanawiać, czy to jest  aż tak zła rzeźba, jak pisze Barbagallo, czy może jednak nie tak całkiem beznadziejna? Trudno zdecydować. Rainaldi sam się ustawił na straconej pozycji. Sztuka oficjalna kościoła katolickiego odwołuje się do cokolwiek archaicznego zestawu reguł, pośród których najważniejszy jest idealizowany realizm przedstawienia, koniecznie połączony z przejrzystą, prostą (im prostsza, tym lepsza) symboliką. Sztuka współczesna raczej unika jednoznacznej symboliki, uznając ją za rodzaj „aresztu” zatrzymującego uwagę widza i skutecznie ograniczającego wolność gry wizualnych wrażeń i metafor, gry którą artysta powinien z odbiorcą prowadzić. Wśród krytyków sztuki współczesnej jest też tendencja, by sztukę religijną, pozostawiać bez komentarzy, jako folklorystyczny skansen – skansen, dodajmy, który z upodobaniem lepi „temi ręcami” radosna grupka twórców remizowych pomników Jana Pawła II. Jeśli już komentarz fachowca się pojawia, to zazwyczaj z przymrużeniem oka i adresowany do specjalistów. Z drugiej strony odbiorca sztuki religijnej zatwierdza własną odrębność, odrzucając niejasne ględzenie krytyków i z zadzierzystą dumą mówiąc – „a mnie się podoba”. Rainaldi, nie po raz pierwszy, próbuje pogodzić te dwa, wzajemnie sprzeczne sposoby myślenia, prezentując dzieło, którego ułomności skazują je na nieuchronne potępienie z obu stron, przesłaniając zalety.

Czy rysy twarzy, swobodnie i oszczędnie zaznaczone przez Rainaldiego są „podobne” do którejkolwiek fotografii Jana Pawła II? Oczywiście że nie, nie są też podobne ani do Mussoliniego, ani do Jana XXIII. Rainaldi rozmawiając z dziennikarzami powiedział:
W ogóle nie myślałem o (fizycznym) podobieństwie. Chciałem, by w mojej pracy głowa i peleryna były harmonijnie połączone.

Dodał też:   Jestem trochę rozczarowany brakiem rozumienia mojej pracy. Na początku myślałem nawet o czymś w stylu XVIII wieku, ale ostatecznie wybrałem projekt współczesny. Idea była taka, by zobrazować przekaz uniwersalnej miłości i powitania od błogosławionego papieża Jana Pawła.
Jeśli pozostawimy na boku wszystkie nabyte konwencje, łącznie ze znajomością fotografii Jana Pawła II, być może (nie na pewno, ale być może) dojdziemy do wniosku, że Rainaldi w sumie pokazuje twarz, która kojarzy się trochę ze starym, mądrym chłopem (lub rybakiem). Oczywiście, to w żaden sposób nie pasuje do rzeczywistej postaci Jana Pawła II, ale chyba dość dobrze oddaje jego wizerunek, taki, jakim przedstawia go kościół katolicki.

W sensie przestrzeni i kontekstu rzeźba broni się sama. Kompozycja Rainaldiego dobrze wpisuję się w skomplikowaną strukturę Piazza dei Cinquecento, ruchliwego placu miejskiego, z ostrą linią dworca kolejowego Termini od południowego wschodu, z masywną, XIX i XX-wieczną architekturą po bokach, zamkniętego przysadzistą, ciężką sylwetką Term Dioklecjana. Placu mieszczącego jeden z głównych dworców autobusowych Rzymu, non stop („no stop” jak tu mówią :) ) pełnego pojazdów i pieszych. Każda tradycyjna, konserwatywna forma ustawiona w tym miejscu musiałaby po prostu zniknąć w natłoku ludzi, skuterów, autobusów, samochodów, budynków, reklam, kiosków etc etc.

Kolejny zarzut, ten dotyczący nie-oczywistej symboliki można, w innym ujęciu, interpretować jako zaletę. Rainaldiemu udało się (cudem?) zachować wieloznaczność formy, czego najlepszym dowodem krytyka Barbagallo. Eksplozja i budka strażnicza to potężne metafory, które w rzeźbie tej rzeczywiście można odnaleźć – jednak są to wyraźnie metafory wychodzące od ich autora, nie sugerowane przez pomnik. Najwyraźniej dzieło Rainaldiego, poprzez szok wizualny, wydobyło u Barbagallo jego własne, podświadome skojarzenia, pozostające w przygnębiającym kręgu brutalności i opresji. To jednak zdecydowanie bardziej zaleta niż wada pomnika, nawet jeśli konsekwencje nie były zbyt przyjemne dla krytyka.
Trzeba wreszcie pamiętać o anonimowym Rzymianinie, który obawia się widoku bezdomnych układających się do snu w okryciu rozpostartej peleryny Jana Pawła II. Przyznam uczciwie, rozumiem niechęć owego Rzymianina, Termini zdecydowanie nie jest najprzyjemniejszym miejscem w Wiecznym Mieście, szlachetnych Apaczów i zwykłych lumpów jest tu już zbyt wielu. Ale z drugiej strony – coś w tym jest: tym razem przekorne skojarzenie przechodnia znów dziwnie pasuje do pozytywnego wizerunku papieża pomagającego potrzebującym.

Nie przesądzajmy więc może jeszcze o „zburzeniu” pomnika. Warto trochę poczekać i posłuchać co powiedzą okoliczni mieszkańcy, kiedy już trochę przyzwyczają się do nie-osiemnastowiecznej sylwetki monumentu.

(.)

By jednak tekst nie był zbyt jednostronny trzeba przecież przekazać wspaniałe nowiny. Na wieść, iż część Rady Miejskiej Rzymu rozważa usunięcie rzeźby Rainaldiego z placu i ustawienie tam innego pomnika Papieża Polaka, do akcji żywo i zdecydowanie wkroczyła magister sztuki Anna Gulak, autorka innego projektu, także nadesłanego na konkurs ale nieopatrznie odrzuconego przez jury (w Trastevere mówi się o spisku). Newsweek w artykule „Pomnik Jana Pawła II będzie zburzony” obwieszcza nam, iż: jeszcze w maju do Rzymu gipsową makietę pomnika Jana Pawła II własnego projektu przywiezie z Polski artystka Anna Gulak. Najwyraźniej na samą wieść o przybyciu pani Gulak i jej gipsowej makiety, Rząd Republiki postanowił pomnik zburzyć – ale póki co trzyma to w tajemnicy, bo jeszcze wczoraj w Rzymie nic na to nie wskazywało.
Ciesz się, o niegodne Jury! Oto zyskujesz jakże rzadką możliwość naprawy swych błędów i dokonania (wreszcie) dobrego wyboru! Projekt pani magister sztuki zawiera symbolikę tak bezpośrednią, że żeby być bardziej przejrzystą, musiałaby zostać napisaną tajemniczą ręką na ścianie babilońskiego pałacu.
Niewielki kłopot w interpretacji oczywistej symboliki sprawia fakt, iż pani Anna Gulak na swych stronach sieciowych prezentuje dwie, cokolwiek różne makiety. W pierwszej postać papieża, z wolna i złowieszczo, wyłania się z czegoś dużego i nieco błotnistego, co pani magister sztuki nazywa skałą. W drugiej koncepcja jest podobna, ale z mniejszej, spłaszczonej kupy czegoś błotnistego wyłania się tylko górna część postaci, a błoto jest tak gęste, iż bohater wizerunku musi sobie pomóc wsparciem się na feruli.
[] Anna Gulak, Projekt pomnika Jana Pawła II 

Ponieważ jestem najwyraźniej równie odporny na bezpośrednią symbolikę jak król Baltazar (ach, te uczty, Taz, te uczty), pojęcie skali artystycznej wizji pani magister sztuki zajęło mi trochę czasu. Po długim namyśle i poszukiwaniach udało mi się  wreszcie odnaleźć ikonograficzne źródła wizerunku i ów – na własny użytek i dla zachęcenia Jury do właściwego głosowania – zinterpretować.
Sięgnąć trzeba wszak daleko, bo aż do lat 70-tych ubiegłego stulecia, gdzie znajdujemy taki oto obraz:

[] Sylwester Stalone jako Rambo (2) wyłania się z błota
 i robi kuku komuchowi Vietkongowi...

Wraz z nim kolejny, jeszcze silniejszy (choć Oskara nie dali – chamstwo i drobnomieszczaństwo – to mówię bez żartów).

[] Martin Sheen jako kapitan Willard wyłania się z błotnistej
 rzeki Nung i za chwilę zrobi kuku wykształciuchowi  Kurtzowi...

Wreszcie nieco później w zbliżonej konwencji:

[] Arnold Schwartzenegger jako major "Dutch" Schaefe
 wyłania się z kupy błota w Gwatemali i za chwilę 
zrobi kuku wrednemu myśliwemu…

Wszystkie te znakomite sceny pozostawiały przecież widza w niedosycie i oczekiwaniu. Czyż nie ma obrazu, kreacji twórcy kalibru Michała Anioła lub Tamary Lempickiej, wizerunku który spełni wszystkie nasze oczekiwania, a nie tylko ich część? I oto wreszcie, po wielu latach, JEST! Wersja genialnie jednocząca ułomne próby! Projekt, przed którym w zawstydzeniu ustąpić musi zarówno Dawid Michała Anioła, jak i Fontana dei Quattro Fiumi Berniniego. Rzeźba, która mogła powstać jedynie w cho barwnej wyobraźni magister sztuki.

Radujmy się! Oto przed nami, w brawurowej, archetypowej supremacji wizualnej, św.p. Karol Wojtyła jako Ioannes Paulus II, krzepko wsparty na lasce papieskiej, wyłania się z kupy błota i za chwilę zrobi kuku czerwonym, wykształciuchom i myśliwym... (ale oszczędzi niektórych polityków lewicy średniostarszego pokolenia).

Wszystkim, którzy poczuli się urażeni ostatnim akapitem wyjaśniam, że pamięć o Karolu Wojtyle obraża oklepana, wtórna i cepeliowska formuła powyższego wizerunku, utrzymanego dokładnie w stylu znakomitych dzieł prezentujących jelenia na rykowisku o zachodzie słońca. Kochani obrażeni, zrozumcie wreszcie, to zachód słońca sie wam podoba, takie zjawisko przyrodnicze, nie kiepska imitacja - goście którzy to malują, robią z was jeleni...

Mottem stron sieciowych magister sztuki Anny Gulak jest pełen ukrytej głębi cytat z pani Ninon de l’Enclos: piękno bez wdzięku jest jak haczyk bez przynęty...
Cóż zrobić, kiedy nie ma ani haczyka, ani przynęty, zawsze pozostaje szprot w oleju, a póki co, jeszcze jeden rzut oka na pracę Rainaldiego:

[] Papież z pomnika Rainaldiego 
w rozmowie z Odpoczywającym Bokserem
 z plakatu reklamującego Museo Terme di Diocleziano

Thursday, January 16, 2014

Z Misiem, w barze, o „Pomniku światła”


Pomniki, pomniki, pomniki. Kiedy Bernini Senior, wraz z Berninim Juniorem tworzyli przed Schodami Hiszpańskimi Fontannę Starej Łajby (Fontana della Barcaccia), zarówno rzeźbiarze, jak i fundator - papież Urban VIII, mieli zamiar estetycznie wzbogacić i zakcentować jednen z ważniejszych placów rzymskich. Udało im się to tak skutecznie, iż dwieście lat później ich dzieło podsuwało Johnowi Keatsowi sentencję z wczesnobarokowej tragikomedii: "tu spoczywa ten, czyje imię wypisane było na wodzie". 
Z pewnym żalem już tylko można wspomnieć tamtych twórców, gdy w dzisiejszej dyskusji o polskich pomnikach zasadniczym argumentem staje się  "minimalne zniszczenie architektonicznej koncepcji miejsca"...

Newsweek, Portal Opinii - 19.05.2011




[]   Miś, scena w barze.

Fiatowiec w swym wpisie: Hania Bufetowa o pomniku światła: 'Nazistowski pomysł' skrytykował wypowiedź Hanny Gronkiewicz Waltz o projekcie nie (do końca) ustalonego autorstwa zatytułowanym „Pomnik światła”, przeznaczonym oczywiście Krakowskie Przedmieście. Pomijając niezrozumiałą dumę z braku dobrych obyczajów widoczną w tytule wpisu, tekst Fiatowca i wypowiedzi pani Gronkiewicz-Waltz znakomicie wpisują się w aktualny (od 20 lat) nurt polityczno-artystycznego dialogu między Nysą a Bugiem. Oboje radośnie prezentują charakterystyczną dla polskiej tradycji dyskutowania kompletną ignorancję w dyskutowanej kwestii, zarzucając tym, którzy się z nimi nie zgadzają, brak wiadomości – co robi pani Prezydent – lub argumenty rodem z PRL – co sugeruje Fiatowiec. Najzabawniejsze, jak zwykle, jest to, iż to właśnie pani Prezydent demonstruje brak wiedzy, i właśnie Fiatowiec argumentuje w stylu propagandy PRL. Wszystko to niezbyt dobrze wróży proponowanej przez Spirita debacie, ale pozostańmy optymistami a póki co przyjrzyjmy się ostatnim wypowiedziom.

Najpierw o argumentach rodem z PRL – specyficzny język propagandowych filipik, rozwinięty już podczas walk Bolszewików z Mienszewikami, ze względu na swą skuteczność wprowadzony został jako nieformalny, ale dość ściśle przestrzegany standard pseudo-dyskusji, najpierw w związanych z Bolszewikami frakcjach SDPRR, potem poprzez KPZR we wszystkich partiach i krajach wasalnych – w tym oczywiście w PRL. Stąd wzięła się ta odrażająca nowomowa, "ciut-starszemu" pokoleniu znana aż nazbyt dobrze zarówno z przemówień najrozmaitszych aparatczyków jak i z komedii i kabaretu („Zezowate Szczęście”, „Miś”) i niestety wciąż uparcie wdzierająca się do gardeł niczym znana sałatka.

[] Bogumił Kobiela jako Jan Piszczyk, Zezowate Szczęście, 1960

Pierwszy z podstawowych elementów takiej pseudo-dyskusji to oczernienie lub ośmieszenie przeciwnika, zazwyczaj poprzez obrazowe wytknięcie mu przywar lub nieprzyjemnych cech w sposób apelujący do możliwie najbardziej prymitywnego poczucia humoru publiczności. W tekście Fiatowca ośmieszanie przeciwnika zaczyna się (ściśle wg zaleceń owego standardu) już w tytule otwartym przydomkiem „Hania Bufetowa”. Dalej we wpisie Fiatowca pojawia się pozornie sympatyczne zdrobnienie „Haneczka”. Zdrobnienie stosowane dla imion dzieci lub osób kochanych, tu użyte w sensie ironicznym zaprzecza swemu naturalnemu kontekstowi, sugerując iż „Haneczka”, przeciwniczka Fiatowca, nie prezentuje właściwie żadnej z cech usprawiedliwiających zdrobnienie imienia, może poza zdziecinnieniem. Podana w sposób bardzo przystępny, a jednocześnie skomplikowana i wysokiej jakości konstrukcja retoryczna Fiatowca zasługuje na uwagę czytelników. Fiatowiec jednym, prostym zdrobnieniem pozbawia jakiejkolwiek łagodności wizerunek Gronkiewicz-Waltz i jednocześnie skutecznie sugeruje jej zdziecinnienie. Zdziecinnienie i infantylność powtarzają się w następnym epitecie: „kolejny ‘orzeł’ z PeOwskiej piaskownicy”. Piaskownica, małe dzieci i dziecinada tworzą dość oczywisty ciąg skojarzeń. Orzeł w tym zestawieniu dodaje przemądrzałość; jest to jednak nie tylko zręczna aluzja do niskiego poziomu intelektualnego adwersarza, ale zarazem, poprzez zestawienie potocznych wyobrażeń – ‘orzeł w locie’ / ‘Hanna Gronkiewicz-Waltz przy mikrofonie’ – dyskretna wycieczka w stronę publicznego wizerunku Gronkiewicz Waltz. Istotnym drobiazgiem jest tu charakterystyczne dla rewolucyjnych retoryków sprowadzenie nazwy formacji politycznej do formy deprecjonującego przymiotnika (PeOwska piaskownica).

Drugi, konieczny i konsekwentnie stosowany element filipiki to argumentum ad absurdum czyli wyrwanie z kontekstu wypowiedzi przeciwnika dowolnego fragmentu lub choćby formy i użycie owych w świadomie nonsensownym kontekście. Porównanie analogicznych form artystycznych do podobieństw łączących łyżki lub krzesła, to oczywiście zwykła bzdura, nie ma to absolutnie nic wspólnego z tematem dyskusji ale pozornie dowodzi, że „paniusia gada głupoty”. Znów muszę zauważyć fantastyczny wręcz talent Fiatowca do wyboru analogii – spoglądając na to pod względem semantycznym „łyżka” i „krzesło” to terminy ściśle związane z „bufetem”, nie tylko więc mają dowodzić głupoty przeciwniczki w stylu „ha, ha, głupia baba, może przestanie sadzać d. na krześle” (wybitnie zabawne) ale przy okazji wzmacniają obraz „bufetowej”. Obraz ikonograficznie „PRL-owski” i ciut lepiej obeznanym z latami 80-tymi przypominający słynną stołówkę z Misia i sztućce na łańcuchach. To ostatnie skojarzenie to kolejne wzmocnienie oskarżeń tworzące nieprawdopodobnie wręcz skuteczną kombinację pojęć i obrazów– Fiatowcze, Obywatel Piszczyk zdejmuje czapkę z głowy.

Schopenhauer w swym przeglądzie brudnych trików jakie stosowali jego przeciwnicy w dyskusjach wymienił jeszcze szereg innych, równie niskiego lotu technik, tamte jednak, ze względu na stosunkowo wysoki poziom intelektualny konieczny do ich stosowania, były w PRL i pokrewnych rejonach używane znacznie rzadziej – wymagały wszak niekiedy poziomu, powiedzmy, Daniela Passenta czy Mieczysława Rakowskiego i jako takie były zazwyczaj pomijane jako zbyt trudne dla przewidywanego odbiorcy.

(.)

Przy całym tym zbędnym zalewie retoryki i złośliwości, Fiatowiec oczywiście ma rację zauważając, iż Hanna Gronkiewicz Waltz pośrednio zarzuca zwolennikom pomnika brak wykształcenia i „oszołomstwo”. W przeciwieństwie do Fiatowca, pani Prezydent podaje pozornie konkretne fakty, ale jej wypowiedź także jest manipulacją. Oryginał koncepcji słupów światła faktycznie jest pomysłem Speera – pomysłem, dodajmy – wysokiej klasy (niezależnie od ohydności teorii jaką propagował). Ale też Speer był naprawdę zdolnym architektem, zwłaszcza w dziedzinie organizacji przestrzeni publicznej (konkretnym projektom budynków można już sporo zarzucić). Przytoczenie Speera w zestawieniu z „autorami” to pośrednie wskazanie, że skoro Speer wspierał nazizm, to... Do tego jeszcze wskazanie faktu, iż „autorzy projektu zapewne nie zdawali sobie sprawy, gdzie powstał taki pierwszy pomnik” - a powinni.


[] Pomnik światła na Krakowskim Przedmieściu - wizualizacja

Wszystko pięknie, ale czy Pani, Pani Prezydent, zdawała sobie sprawę, gdzie taki pierwszy pomnik powstał, zanim ktoś to Pani powiedział? Swoją drogą, „zdanie sobie sprawy” to w tym wypadku nie jest taka prosta sprawa (co nie usprawiedliwia postępku „autorów” ale o tym dalej). Wbrew pozorom skojarzenie analogii pośród pamiętanych przez nas obrazów jest rzeczą trudną i dla zdecydowanej większości ludzi wymaga sporo przygotowania i doświadczenia. Większości z nas tylko wydaje się, że kojarzymy analogie, gdy w rzeczywistości przyjmujemy „na wiarę” opisane lub wygłoszone skojarzenia. Dobry historyk sztuki potrzebuje ładnych paru lat studiów i potem jeszcze sporo doświadczenia, żeby w miarę szybko i płynnie analogie takie znajdować. Jedyny chyba historyk sztuki w otoczeniu Hanny Gronkiewicz Waltz to Piotr Żuchowski, Generalny Konserwator Zabytków, i ciekaw jestem, czy to on spostrzegł analogię miedzy Pomnikiem Światła „autorów” a „Katedrą Światła” Speera. Oczywiście, uczciwe dodanie „ja też nie wiedziałam, ale powiedział mi ktoś, kto się na tym zna” mogłoby zniszczyć efekt retoryczny wypowiedzi Hanny Gronkiewicz-Waltz. W rzeczywistości aluzja do Norymbergi krąży już w mediach od kilku tygodni i pojawiła się m. in. w kwietniowym wywiadzie jaki przeprowadził z Pawłem Szychalskim Cezar Gmyz w Rzeczypospolitej.

Na pytanie Gmyza o związki z projektem Speera, Szychalski odpowiada równie nonsensownie jak Fiatowiec w swym wpisie, mówiąc „w takim razie trzeba by nie jeździć volkswagenami” i dodaje, że projekt Speera był bardzo uporządkowany a jego nie. (To prawda, faktycznie nie jest to uporządkowany projekt, ale obawiam się, że w innym sensie niż wyobraża to sobie pan Szychalski).
Bardzo zręczne i w sumie zaskakująco subtelne jest użycie przez panią Prezydent słowa „autorzy” zamiast podawania nazwisk. Otóż nikt dokładnie nie wie kto jest autorem koncepcji „Pomnika światła”. Obecnie firmuje ją głównie architekt Paweł Szychalski (wizytujący wykładowca w Lundt), ale Fiatowiec pisał swego czasu, że podobny projekt wcześniej wymyśliła pani Barbara Targan i pewnie tak było, bo kiedy Fiatowiec zostawi retorykę i pisze o faktach, to ich nie przekręca.

Paweł Szychalski obecnie jest gościnnym wykładowcą w Lundt (dla niezorientowanych – gościnny wykładowca to z grubsza coś w rodzaju lepszej wersji pobytu na stypendium, czasem wygłasza się wykłady, czasem nie, czasem płacą, czasem nie, w sumie to ważne, prestiżowe ale jednocześnie dość nieformalne stanowisko). Niestety Lundt nie podaje charakterystyk gościnnych wykładowców. Żadnych konkretnych projektów ani realizacji nie znalazłem, trudno więc oceniać poziom techniczny pana Szychalskiego jako architekta. Barbara Targan w Googlach wychodzi kilkakrotnie, jak się zdaje kilka osób nosi to nazwisko, jedyny związek ze sztuką to jakiś konkurs na dzienniczek – być może są inne, nie udało mi się ich znaleźć. W najbardziej sympatyzującej wersji powiem, że oboje równocześnie i bez żadnych inspiracji wpadli na taki sam pomysł – słupy światła na Krakowskim Przedmieściu. Niestety, wersja sympatyzująca zakłada, że autorka i autor, wzorem św. Pawła z Teb, przez ostatnich parę lat siedzieli zamknięci w pustelni gdzieś na środku egipskiej pustyni, kompletnie odcięci od świata. Najwyraźniej jednak nie – pan Szychalski, mimo wspólnego imienia i nawet pewnego podobieństwa do pierwszego pustelnika, nie został wszak „gościnnym wykładowcą” za projektowanie wnętrza pustelni, a pani Targan, jeśli była pustelniczką, to w pustelni z dostępem do internetu. Obojętnie więc które z nich ten pomysł firmuje, w istocie ściągnęło go, na żywca i bez żenady, z Tribute in Light (Hołdu światła) z Manhattanu, czyli z projektu grupy architektów i artystów amerykańskich upamiętniającego 11 Września.



[] Z lewej Św. Paweł z Teb,
z prawej Paweł Szychalski 
(fot. z blogu Fiatowca)

Tu trzeba przypomnieć krótką historię nowojorskiego projektu, przedstawioną obszernie na stronach Tribute in Light. Początki pomysłu na stworzenie świetlnych wież wyszły ze studio PROUN Johna Bennetta i Gustavo Bonevardiego, jako “Rekonstrukcja linii widokowej Manhattanu. Artyści pracujący wcześniej właśnie w WTC, Julian LaVerdiere i Paul Myoda, zaproponowali wykonanie rzeźby ze światła. Projekty podjął i skonkretyzował Richard Nash Gould, nowojorski architekt pragnący upamiętnić dawny widok WTC z okien swojej pracowni. Burmistrzowi Nowego Jorku projekt – wciąż w sferze koncepcji – przedstawił pisarz i prawnik Philip K. Howard.

[] Tribute in Light, fot. Airvis

Mamy więc od początku dzieło wielu twórców, które ostatecznie nabrało konkretnego kształtu dzięki profesjonalnej firmie z Las Vegas zajmującej się projektowaniem i realizacją efektów świetlnych (nazwę pominę by nie było kryptoreklamy). I tu pojawił się nieoczekiwany problem – praktyczne rozwiązanie świetlnej architektury wymagało użycia szeregu reflektorów o skupionej wiązce światła; oglądane z oddali wprawdzie znakomicie oddawało to linię wieżowców ale z bliższej perspektywy, z szeregu lokacji w Nowym Yorku i tuż poza nim, wyraźnie przypominało efekt Katedry Światła Speera, czyli zaprojektowanego w 1934 na norymberskie zjazdy NSDAP specjalnego efektu wizualnego - grupy skierowanych w niebo kolumn światła ze szperaczy przeciwlotniczych.


[] Widok Tribute nad kościołem Trójcy,
 wizualizacja z 2001, R. Ethridge i R. Conger
Fot. Creativetime

Dodajmy, że zarówno ze względów finansowych, jak i – przede wszystkim – ekologicznych, Tribute in Light nie jest projektem permanentnym, świetlne konstrukcje włączane są podczas rocznic 9/11 i niekiedy podczas specjalnych uroczystości, na krótko i z przerwami (w pierwszych dniach instalacji oślepiające światła spowodowały dezorientację i śmierć dużej ilości ptaków „schwytanych” w ich promienie). Po raz ostatni mają być włączone w tym roku.

Niezależnie od twierdzeń grupy kontestujących projekt artystów nowojorskich trzeba raczej przyjąć, że zbieżność jest tu efektem przypadkowym i twórcy koncepcji nie „ściągali” ze Speera. Pośrednim dowodem jest wizualizacja Ethridge’a i Congera z 2001, która takie skojarzenia mogła przywołać, jednak wówczas nikt na to nie zwrócił uwagi, koncentrując się na oddaniu formy wież. Projekt nowojorski jest jednak w warstwie znaczeniowej dość, hmmm, prosty... I tu skojarzenie ze Speerem jest znacznie bardziej uzasadnione niż w samej zbieżności form. Podobnie jak u Speera jest to projekt oparty semantycznie na wyrażeniu światłem koncepcji mocy i triumfu, choć oczywiście w zupełnie odmiennym kontekście historycznym.

[] Katedra Światła Alberta Speera, 130 szperaczy przeciwlotniczych, 
Zeppelinfeld w Norymberdze, 1937,
fot. L. Aufsberg, Bildarchiv Foto Marburg za: Zulukane

Projekt Speera był pierwszym zastosowaniem świateł w takiej formie, jednak nie był to tak całkiem nowy pomysł – jego źródeł trzeba szukać we wcześniejszych eksperymentach artystycznych konstruktywistów, dadaistów i futurystów. Sporo racji ma Erika Sudberg, która we wstępie do Space, site, intervention: situating installation art (2001, s.11-12) podkreśla znaczenie projektu Licht-Raum Modulator (Modulatora światła i przestrzeni) Laszlo Moholy-Nagy z lat 1923-30, jako teoretycznego pierwowzoru, podjętego i rozwiniętego później przez Speera do monumentalnych proporcji.

[] Laszlo Moholy-Nagy, Licht-Raum Modulator,
replika z 1970, fot: Kunsthalle Erfurt 

O wieżach światła było w mediach bardzo głośno i jakieś echa tego projektu musiały wędrować w wyobraźni i pani Targan, i pana Szychalskiego, kiedy zapewne wydawało im się, że wymyślają coś nowego, oryginalnego a nawet koncyliacyjnego. Co gorsza, wizualizacja przedstawiona przez Pawła Szychalskiego, przy proponowanym ustawieniu świateł i przy dość nieporadnym zmniejszeniu ich skali (Koszty czy kłopoty z rozwiązaniami technicznymi? Służę telefonem owej firmy z Las Vegas...) tworzy faktycznie nieporadną, bałaganiarską i zminaturyzowaną wersję brutalnej i aroganckiej ale zarazem monumentalnej Katedry Światła Speera.

Na zakończenie pozostawmy na boku poziom dyskusji i zasadnicze pytanie czy pomnik ma być, czy nie i powiedzmy wprost, że pozostający ciut w cieniu tego tekstu Piotr Żuchowski w jednym ma po prostu rację – wstawienie takiej ilości snopów światła radykalnie zmienia funkcjonowanie historycznej architektury, a przecież stanowisko które zajmuje powstało między innymi po to, by uchronić zabytki przed nadmierną ingerencją nowoczesności (podkreślam – nadmierną). Jeżeli chcemy z tym dyskutować, to nie należy mówić czegoś w stylu „to przecież tylko kilkadziesiąt małych reflektorków” i „o tu widać, ze nie widać różnicy”. Trzeba znaleźć takie rozwiązanie, które będzie artystycznym i architektonicznym wzbogaceniem placu, a nie łamaniem jego istniejącej koncepcji przestrzennej.