... Newsweek, Portal Opinii - 5 06 2013 |
…A w zeszłe święto miałem kobitę, co miała obie nogi umyte…
Stanisław Staszewski, Inżynierowie z Petrobudowy, ok. 1965.
O BRUDZIE
Czystość fizyczna osobista nie jest wcale rzeczą tak drogą, jak to się niektórym wydaje. Nie mówię o czystości publicznej (domów, ulic, placów itp.) — nie będę też wdawał się w kwestię czystości mieszkań, jakkolwiek sądzę, że też za psie pieniądze po prostu jest ona osiągalna. Mimo to często widzi się mieszkania, w których wiszą na ścianach drogocenne obrazy, wszystko jest udywanione i wypoduszkowane, a jednak panuje w nich brud, a nawet smród, często subtelny, ale jakościowo bardzo jadowity. Mam wrażenie, że czystość mieszkań, a dalej czystość publiczna jest funkcją czystości osobistej. Trzeba zacząć od siebie, a z czasem wszystko powoli się wyczyści, bo czysty człowiek nie potrafi żyć w otaczającym go brudzie. Lenistwo i nieświadomość co do tego, jakimi środkami zdobyć czystość, zdają mi się być przyczynami tego stanu rzeczy, który chcę opisać i podać przeciw niemu środki zaradcze. Czemu większość ludzi, którzy bezwzględnie śmierdzieć nie powinni, jednak śmierdzi? Mówię tu o tak zwanej inteligencji, półinteligencji i warstwach poniżej leżących. Nie będę się tu wdawał w analizę smrodologiczną arystokracji niższej i najwyższej, ponieważ zbyt mało znam tę sferę. Ale na podstawie pewnych nikłych danych mam wrażenie, że i tu dałoby się coś na ten temat powiedzieć. Poza kwestią mycia się występuje tu problem zmiany bielizny i ubrania.
(Ostrzegam z góry, że będę mówił rzeczy przykre — kto nie chce ich słyszeć, niech nie czyta.) Ale jakiekolwiek są stosunki bieliznowo — ubraniowe danego człowieka, będą one bezwzględnie lepsze, o ile człowiek ten będzie się myć porządnie. Oczywiście ideałem byłaby codzienna zmiana całej bielizny i jak najczęstsze zmienianie ubrań. Ale jeśli ktoś na to nie ma, może przedłużyć czas zmiany za cenę pewnej pracy nad czystością ciała.
Są narody czyste i są brudne. Powiedzmy sobie otwarcie, że należymy do tych ostatnich i starajmy się temu zaradzić. Czytając powieści polskie, rosyjskie lub francuskie, zawsze mam ten problem na myśli: czy aby ci wszyscy ludzie są dobrze wymyci. Przeszkadza mi ta myśl w przejmowaniu się losami występujących postaci, psuje mi najpiękniejsze sceny, zaćmiewa horyzonty najwznioślejszych uczuć. Mimo wszystkich wad literatury angielskiej, wiem jedno — cokolwiek robią, czują i myślą Anglicy, ci są prawie na pewno na ogół czyści. Rosjanie [...] wyprażają się w „bani”, wyszorowują maczałkami, wybijają się rózga — i przynajmniej przez niedzielę, a może i poniedziałek mają otwarte pory skóry całego ciała, a nie tylko niektórych jego, najbardziej skłonnych do tak zwanego nieprzyjemnie „zaśmierdzania się”, części. Okropne rzeczy, ale raz trzeba powiedzieć je otwarcie. Człowiek jest, wziąwszy go cieleśnie, dość paskudnym stworzeniem. Pewien hrabia (!) raniony w rękę nie odwijał jej długi czas i trzymał ją pod gumowym bandażem. Ręka zaczęła śmierdzieć. Pokazywał ją innym krzycząc znamiennie: „Żadna noga tak nie śmierdzi, jak moja ręka. Niech pani powącha.” I pchał obecnym pod nosy swoją wspaniałą, rasową, hrabiowską rękę, która rzeczywiście wydzielała subtelną, ale skondensowaną woń przepojonego kulturą dziesięciu wieków ciała. Hrabia — a cóż dopiero mówić o zwykłej „wysokiej szlachcie, świetnym korpusie oficerskim i P.T. publiczności”, jak to było napisane na cyrkowym afiszu z czasów austriackich.
Przyczyną przykrych zapachów ludzkości są ubrania. Daleko mniej śmierdzą (pomijając przykre dla nas, jako należących do innej rasy, różnice jakościowe) ludzie dzicy, chodzący nago. A jakże wspaniałe są pod tym względem wszelkich rodzajów bydlęta — zawsze świeże, z doskonale wywentylowaną skórą, wydrapane, wygryzione, wylizane, jak to mówią, na „hochglanz”. Człowiek jest, ogólnie biorąc, szczególniej w parażach klimatu średniego i zimnego, najbrudniejszym bydlęciem świata, i to głównie z powodu konieczności noszenia ubrań. Ogólnie wiadomo, że na ogół ręce mniej śmierdzą niż nogi — a czemu? Bo nie są zamknięte (exemplum ów hrabia i jego rączka) i są oczywiście częściej myte. Chodzić gołym nie można, ale wszystko można nadrobić myciem się, zapamiętałym, fanatycznym, wściekłym. Koszta są minimalne, a czas również bardzo niedługi daje się z łatwością wydrzeć zachłannemu snowi przy minimalnym wysiłku woli. A więc do dzieła, brudasy, a za kilka lat ludzie w mieszkaniach swych i gmachach publicznych: kinach, teatrach, poczekalniach itp. instytucjach, nie będą potrzebowali wdychiwać potwornego niepachu wydzielin niedomytej trzody ludzkiej, z czego wyniknie daleko większa wzajemna życzliwość i pogoda w odniesieniu do tzw. „innych”, której tak brak w naszych stosunkach społecznych. Przecież w porównaniu do innych narodów Polacy są pod tym względem wprost straszni. Ile energii idzie choćby na okazywanie sobie wzajemnej pogardy na ulicy. Nigdzie indziej tego nie ma, przynajmniej w tym stopniu. A wewnątrz gmachów stanowczo smród potęguje to nieprzyjemne zjawisko. Niestety każdy niedomyjec nie zdaje sobie sprawy, że sam jest elementem ogólnego niepachu, że dla innych jego smrodki, które u siebie toleruje, wcale nie są znów tak przyjemne, jak dla niego samego, a może i dla najbliższych.
Otóż moja ogólna teoria smrodu ludzkiego jest następująca i prosta, jak teoria równań różniczkowych czy tensorów: niedokładne mycie całego ciała, a dokładne mycie pewnych jego części: twarzy, szyi, nóg, pach itp., jest powodem, że wszystkie świństwa, które muszą się wydzielać z organizmu przez całą skórę, wydzielają się tylko przez te części, których pory skóry są odetkane. Znałem pewnego eleganckiego pana, który narzekał ciągle, że mu śmierdzą nogi. Mył je po trzy razy dziennie i im dokładniej to czynił, tym było gorzej. Po prostu nie mył się cały dokładnie i wszystko, co miał w sobie najpaskudniejszego, wychodziło mu z ciała przez nogi. Oczywiście są choroby, na które nie ma ratunku. Ale z chwilą dokładnego mycia się zniknęłyby te wszystkie środki, o których ogłoszenia w gazetach czyta się ze specyficzną zgrozą „Antismrodolin usuwa przykry zapach pach, nóg…” itd. Brrrr…Co za świństwo. Zamiast wydawać pieniądze na podobne ohydy trzeba je zużytkować na kupienie:
1. Dobrego, prostego nawet mydła — zupełnie wystarczy dla ludzi względnie prostych dla umycia codziennego całego ciała.
2. Szczotki — najlepsze są dla tego celu szczotki firmy Braci Sennebaldt (Bielsko Biała, Śląsk), (29 H N°2, 30 F N°2, i 137 E), które przez tę firmę polecane są do bielizny.
Wszyscy, którym ofiarowałem szczotki te (a rozdałem już przeszło dwa tuziny dla propagandy), błogosławią mnie i tę firmę. Szczotki są szczecinowe i na pierwszy „rzut oka” robią wrażenie za twardych. Wymoczone trochę w gorącej wodzie stają się wprost wspaniałe. Znałem panie skarżące się na chroniczną chropawość skóry. Po użyciu szczotek stały się gładkie jak alabastry. Pumeks jest tu niczym — wygładza powierzchownie. Tylko szczotka jest w stanie odetkać pory zalepionej tłustym brudem skóry. Wiele osób uważających się za czyste tonie w brudach jak nieboskie stworzenia. Iluż znałem ludzi przerażonych twardością szczotek tych, którzy potem z rozkoszą tarli nimi swe ożywione jakby cudem, sflaczałe ciała nieomal do krwi. Ostatecznie szczotkę można stosować nie co dzień (co drugi lub trzeci dzień), ale mycie codzienne całej skóry mydłem jest obowiązkiem każdego, który chce się za człowieka uważać. Oczywiście są ludzie, którzy nawet nie bardzo się myjąc, mało stosunkowo śmierdzą. Tym lepiej dla nich i dla innych. Ale to nie uwalnia ich od mycia się ze względu na ich własne zdrowie.
Naturalnie że zwiększająca się ilość mieszkań z łazienkami i łazienek publicznych przyczynia się znakomicie do wzrostu czystości ogólnej. Ale łazienki trzeba też umieć używać. Znałem ludzi należących do „najlepszego towarzystwa”, którzy poprzestawali w ciągu tygodnia na zimnym prysznicu bez mydła (używali je tylko do części zasadniczych, i to nie bardzo) i następnie wycierali się włochatym ręcznikiem. Codzienna długa ciepła kąpiel jest niezdrowa, szczególniej dla osób nie mających nadmiaru energii. Ale wymycie się mydłem w całości ciepłą, a potem zimną lub choćby tylko zimną wodą jest absolutnym obowiązkiem każdego.
3. Dla ludzi nie posiadających łazienek służyć może w tym celu blaszana duża balia, a dla podróżujących (ze względu na brak odpowiednich urządzeń w większości niższej marki naszych hoteli) „tub” gumowy składany, rzecz trochę kosztowna, ale dla które można wyrzec się mniej istotnych przyjemności (wódki, piwa, papierosów, dancingu, radia, dorożek, aut, kina) na pewien czas, aby ją sobie za uskładane w ten sposób pieniądze kupić.
4. Gąbki albo też tzw. po rosyjsku „maczałki”. Oto wszystko, czego trzeba, no i trochę czasu (który zawsze znaleźć można) i szacunku dla siebie i swego zdrowia, a także trochę ze względu na innych, którzy też są przecie ludźmi. Ale te mycia się poranne, które udało mi się widzieć, te absolutne niemycia się wieczorne (wieczorem trzeba umyć przynajmniej części zasadnicze), które obserwowałem — to są rzeczy wprost potworne. I to, powtarzam, tam, gdzie zdawałoby się, że powinno to być rzeczą samo — przez — się zrozumiałą.
To właśnie spowodowało napisanie tych słów, co nie było dla mnie wcale zabawnym ani przyjemnym. Myślę, że może niejeden(na) zaczerwieni się czytając je i będzie mu (jej) wstyd i przykro — ale może za to doprowadzą go (ją) do opamiętania. A przecież nie chodzi tu tylko o względy estetyczne, ale i o zdrowie, bo skóra jest bądź co bądź zasadniczym narządem wydzielania. Wiadomo, że człowiek ze zniszczoną nagle w dwóch trzecich skórą umiera, ale powoli można się przyzwyczaić do każdego zatrucia, a więc i do niefunkcjonowania własnej skóry. Chłopi nasi, którzy się prawie nie myją, nie giną od tego i nie śmierdzą tak znów bardzo jak inne warstwy społeczne. Ale to nie jest dowód: nie śmierdzą, bo nic już przez zatkane pory nie wydzielają, a nie giną z zatrucia, bo się przyzwyczaili przez długą praktykę wytwarzając widać jakieś antytoksyny. Ale jacy by byli, gdyby się myli, tego nie wie nikt.
__________________________________________________________
Powyższy, obszerny cytat pochodzi z „Niemytych dusz” Stanisława Ignacego Witkiewicza. Witkacy ukończył rękopis w roku 1936. Przedstawiciele wszystkich opisanych w książce stanów natychmiast zgodnie stwierdzili, jak pewien blog... jeden mąż, że to zwykła megalomania, że Polacy śmierdzą sporadycznie i nie bardziej niż inne nacje, i że nie wolno robić wokół tego smrodu. Po raz pierwszy więc wydano „Niemyte dusze” dopiero w roku 1975, kiedy pani Anna Micińska i zarząd Państwowego Instytutu Wydawniczego zdołali megalomańskie i niepatriotyczne dziełko przemycić jako dodatek do znacznie popularniejszych „Narkotyków” z 1932.
Przyznać wypada, iż dziś, w porównaniu z rokiem 1936, dokonał się znaczący postęp. Rozpowszechnienie podstawowych zasad higieny (niestety, wyłącznie podstawowych…) w najbardziej egzotycznych zakątkach kraju sprawiło, iż ludowe pory zostały częściowo odetkane i niejeden rolnik postępowy roztacza już zapachy równie zawiesiste co najbardziej zmysłowy z zapachów mieszkańców miast.
W 1890, Kazimierz Przerwa-Tetmajer pisał: wolę polskie gówno w polu, niż fijołki w Neapolu.
Że Tetmajer, to każdy sobie wygoogluje, że w 1890 to może być już nieco trudniej, ale jak się ktoś uprze, to pewnie zdoła. Google mogą wszak nie poradzić w delikatnej kwestii oryginalnego znaczenia tetmajerowskiej sentencji. Pierwotnie sens wierszyka był mniej więcej taki, że prymitywnie pojęty, werbalny patriotyzm nazbyt często stanowi usprawiedliwienie lenistwa i niechlujstwa. Wyśmiewał ów wierszyk rozmaitych durniów głoszących, że co z tego, iż gówno w polu, przecież to Polska właśnie, a jeśli komuś śmierdzi, to zapewne Żyd, albo Moskal, bo prawdziwemu Polakowi nie śmierdzi.* Wiedział o tym Adalberg, i wiedział Julian Krzyżanowski, który w nowoczesnej reedycji Księgi przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich nie zapomniał o niezbędnym komentarzu: zwrot pierwotnie ironiczny, nabrał z czasem wartości patriotycznej. Nie powinniśmy nigdy oczekiwać, iż nabieraniu wartości towarzyszyć będzie rozumienie komunikatu, a prawdziwi patrioci nie zniżają się do poziomu fircykowatej ironii (o czym się niegdyś Bruce Springsteen przekonał, ale to inna sprawa).
Jaki sens ma pełne satysfakcji stwierdzenie, że „w Warszawie nie jest brudniej niż w Londynie”? Mam wołać z radością, że „Polacy nie są brudniejsi niż berlińczycy”? A już z całą pewnością nie są brudniejsi niż berlińscy Polacy? Że „Sobieski był brudny i Marysieńka też”? Co mnie to obchodzi? Daj im, Bogini, zdrowie i kawałek mydła! Czy mam chodzić ze skrobaczką, zbierać próbki i porównywać stopień zabrudzenia, żeby potem (nie tym „potem”!) z satysfakcją stwierdzić – ach-ha, 0,5 mg syfu więcej!? Naprawdę nie można po prostu się umyć?
Nie no, co ja gadam, oczywiście, że nie.
Wolę polskie gówno w polu, niż fijołki w Neapolu.
Witkacy napisał Niemyte dusze w 1936. Do hucznych obchodów stulecia śmierdzącej samotności zostało jeszcze lat dwadzieścia trzy. Rodacy! Dajmy z siebie wszystko! Każdą porą i każdym porem! Polak potrafi!
____________________
* Moskal w znaczeniu „Rosjanin”, jak u Moraczewskiego, nie: „moskwiczanin”. Przypominam, bo jakieś dziwne problemy z pisownią nazw własnych ostatnio Portal prześladują.






No comments:
Post a Comment