Saturday, March 28, 2015

Po nas choćby pomo…

...


Newsweek, Portal Opinii -  16. 08. 2012 


Z zainteresowaniem śledzę ostatnią dyskusję Henrykspola i Andrzeja Orzechowskiego, pod wpisem pierwszego z adwersarzy: Jak nie interpretować PKB.

Plusując gorliwie wpis Henrykspola zarzekałem się, że po zakończeniu obecnej fazy walki o ogień  wyjaśnię, dlaczego tak mi się spodobał. Ciężka to jest sprawa, bo z jednej strony nie chcę zaczynać nowego sporu, z drugiej trudno to wyjaśnić tak, by właśnie nowego sporu nie rozpocząć. Nie będzie więc o ekonomii (na szczęście ;) ).

„Postmodernizm” nie jest prądem filozoficznym ani artystycznym. Postmodernizm to dość swobodna nazwa, skrót myślowy, figura retoryczna, ewentualnie cezura chronologiczna. Mieszczą się w nim dzieła i myśli bardzo różne. Problemów z postmodernistycznymi pracami jest kilka, jest w nich też jednak całkiem sporo rzeczy przydatnych.

Najważniejsza wszak sprawa, jest wśród tekstów „postmodernistycznych” osobna grupa, na którą składają się wysokiej klasy opracowania, zawierające ciekawe teorie, otwarte badaniami postrukturalistycznymi i dekonstruktywizmem Barthesa, Derridy tudzież Foucaulta (w kolejności alfabetycznej).

Barthes jest tu szczególnie dobrym przykładem. Bardzo go cenię, a po Mitologie po dziś dzień z przyjemnością sięgam. Ryzykując przekroczenie dopuszczalnych granic kiczu powiem: czytanie rozdziałów/artykułów Barthesa to trochę jak piwo z kumplem z wojska. Niby wszystko już powiedzieliśmy, tych co trzeba wspomnieliśmy, tych co należy wyzwaliśmy od kocich synów, ale przecież miło powtórzyć jeszcze raz… :)

Barthes demonstruje w Mitologiach kolejne warstwy znaczeniowe popularnych obrazów (zdjęć, okładek, ceremonialnych choreografii etc.), od najbardziej oczywistych, do najbardziej ukrytych. Świetna książka!

Ale ten sam Barthes, po kilku wykładowo-turystycznych podróżach po Japonii wydał Imperium znaków, w którym podobnie analizował serię popularnych wyobrażeń à la Japonaise (np. kłaniający się Japończycy etc.) I to mu wyszło dużo gorzej.



[] Roland Barthes. Fot. za: Fabrizio Falconi

W Mitologiach Barthes pisał o obrazach w kontekście, który znał doskonale i w teorii, i w praktyce: historia Francji, kolonializm, polityka Republiki, etc. etc. Doszedł do kilku wniosków nowych i całkiem istotnych. W Imperium... pisał (co uczciwie przyznał) o rzeczywistości mu obcej. Wobec nieznajomości kontekstu, to co zobaczył okazało się wyrafinowaną wersją utrwalonych stereotypów, omówioną przy użyciu własnego języka badań (i równie żywym stylem). Powstała w efekcie dziwna książka, którą czyta się bardzo dobrze, ale która najpierw budzi rozczarowanie, a następnie niepokój. U odbiorcy dzielącego z Barthesem poczucie obcości wobec kultury Japonii, jakość Mitologii w naturalny sposób promuje nienadzwyczajne Imperium Znaków, nadymając jego znaczenie i wynosząc je do rangi solidnej (rzekomo) propozycji badawczej.

W ten oto sposób pojawił się tu podstawowy warunek skuteczności tego typu analiz – konieczność wcześniejszego wszechstronnego opanowania kontekstu analizowanego i dekonstruowanego materiału. Podstawowy warunek i podstawowy problem, bo postulat gruntownej, fachowej znajomości tematu został prawie równocześnie odrzucony przez część badaczy propagujących nowy rodzaj badań i zastąpiony postulatem uniwersalności metody. Barthes, Foucault i Derrida reprezentowali jeszcze epokę, w której erudycja była naturalną konsekwencją solidnej edukacji, niezależnie od tego, czy edukacja ta miała charakter formalny, czy była efektem samokształcenia. Barthes studiował na Sorbonie, Foucault w École Normale Supérieure – podobnie jak Derrida, który swą edukację uzupełniał jeszcze na Harvardzie. Każdy z nich był w jakimś stopniu wyobcowany ze środowiska studentów i – w konsekwencji – każdy w nadmiarze wolnego czasu uzupełniał lektury obowiązkowe lekturami własnymi.

Jedno jeszcze ich łączy, każdy z nich uwielbiał wręcz pisać bez przypisów i bibliografii. François Ewald, także absolwent Sorbony, wieloletni asystent Foucault i kontynuator jego badań pisał trochę o tej dziwnej „aparatofobii”. Wyjaśniał on wszak, że brak przypisów nie jest wynikiem braku źródeł, ale raczej przyjęciem założenia, iż czytelnik źródła te zna i rozpozna. Przyznamy sami, w tej sytuacji byłoby co najmniej nietaktem podtykanie mu ich pod nos. Uprzejmość jest tu jednak pretekstem, bo jak wspominają Fontana i Bertani w przedmowie do Society Must be Defended, Foucault był beznadziejny w tworzeniu tzw. fiszek, teorie cytował z pamięci i nie zawracał ani sobie, ani asystentowi głowy ich wyszukiwaniem.

Rzeczywiście, mrówcza analiza tekstów Foucault, trwająca ustawicznie w rozmaitych uniwersytetach i instytutach, demonstruje sporą część stojących za nimi źródeł.

Kiedy nasi Trzej Muszkieterowie (z Ewaldem jako wicehrabią de Bragelonne…), mówiąc nieładnie, olewają solidny aparat naukowy, to robią to z przekory i czasem z lenistwa, ale nie z niewiedzy.
Ten aparat miał tam przecież być w określonym celu. Poza oddaniem szacunku właściwemu autorowi, miał on za zadanie umożliwienie weryfikacji zarówno danych, jak i koncepcji, a także pozwalał wyeliminować czystą fantastykę, jako dziedzinę stosowną raczej dla literatury pięknej. Korsarskie podejście erudytów otworzyło drogę do naruszenia tej ostatniej granicy.

Ograniczenia listów kaperskich zdawały się już zbyt ciasnymi dla fantazji Derridy, na szczęście w tym momencie na scenę théâtre postmoderne śmiało wkroczyła druga grupa chronologicznych postmodernistów, z Jeanem Baudrillardem i Gillesem Deleuze na czele. Ich zdaniem, dawne korsarstwo było zbyt ustrukturalizowane i nadmiernie uzależnione od władzy (te listy kaperskie ktoś przecież podpisywał…) było więc rzeczą słuszną wpłynięcie na szerokie wody z Jolly Rogerem na maszcie i otwarte zajęcie się piractwem. Pojawiają się więc w ich, skądinąd bardzo ciekawych, tekstach zupełnie przypadkowe terminy z nauk ścisłych, ale także z ekonomii, stosowane nie tylko w nowych, nadawanych ad hoc znaczeniach, ale niekiedy w sensie całkowicie dekoracyjnym, bez elementarnego nawet poszanowania reguł logicznych stojących za ich oryginalnym użyciem. Nie chodzi tu bynajmniej o terminy w rodzaju „energii” czy „chaosu”. Mają one wiele znaczeń, i można oczywiście nadawać im nowe, stosowne do nowej teorii. Problem pojawia się wtedy, kiedy wykorzystywane (gwałcone…) terminy  mają w swych dyscyplinach bardzo konkretne znaczenia. Deleuze i  Guattari w Qu’est-ce que la philosophie? (Paryż 1991) piszą np. o demonie Heisenberga, polu aktualizacji i liczbie zmiennych niezwiązanych, w zestawieniu, które zdaniem Sokala i Bricmonta, w kontekście mechaniki kwantowej - skąd terminy te zostały "wypożyczone" - jest absolutnie znaczenia pozbawione. Inaczej mówiąc jest to dowolne zestawienie skomplikowanych terminów, nie powiązanych żadnym ciągiem logicznym, poprzedzone równie nonsensownym stwierdzeniem, iż „funkcja jest spowolnieniem”. (Sokal, Bricmont, 1998, 154-155).

W wypadku Deleuzego i Guattariego czysto dekoracyjne wstawki z nauk ścisłych nie mają żadnego związku z towarzyszącą im teorią. Teoria jest interesująca i broni się sama, powstaje więc pytanie, czemu obaj badacze uznali za konieczne wstawienie tam dekoracyjnych nonsensów?

Opracowanie Sokala i Bricmonta cenię na równi ze wspomnianą wcześniej książeczką Barthesa, bo  z dobrym przygotowaniem i znajomością tematu, wykonują oni pracę podobną do barthesowskich demaskowań obrazowych mitologii – dokonują dekonstrukcji, ukazując pozorność znaczeń powierzchownej kompozycji. Wizerunki omawiane przez Barthesa łączył jednak logiczny ciąg znaczeń, zazębiających się i wyrastających z siebie nawzajem. W wypadku Deleuzego i Guattariego, rzeczywiste przesłanie teorii i brak znaczeń pozornych analiz stylizowanych na nauki ścisłe, sąsiadują ze sobą w trudnej do wyjaśnienia symbiozie.



[] Jean Baudrillard Fot: Sophie Bassouls/Corbis/Guardian

Dziełom Jeana Baudrillarda Sokal i Bricmont poświęcili rozdział 7 swej książki, wskazując na nieustanne nadużycia i dowolne wymyślanie terminologii nauk ścisłych. Jeden,  w miarę typowy fragment pozwolę sobie zacytować w całości.


Najpierw tekst Baudrillarda z eseju  Instabilité at stabilité exponentielle [Wykładnicza niestabilność, wykładnicza stabilność]:

Cały problem z mówieniem o końcu (zwłaszcza końcu historii) polega na tym, że trzeba mówić o tym, co leży poza kresem, a równocześnie o niemożliwości końca. Ten paradoks bierze się stąd, że w nieliniowej, nieeuklidesowej przestrzeni historii nie można zlokalizować końca.. Koniec można pojąć tylko w logicznym porządku przyczynowości i ciągłości. Te same zdarzenia, wskutek ich sztucznego wytwarzania, ich zaprogramowanego występowania i antycypacji ich skutków – nie mówiąc już o ich transfiguracji w mediach – tłumią związek przyczynowo-skutkowy i tym samym wszelką historyczną ciągłość.

To zniekształcenie przyczyn i skutków, ta tajemnicza autonomia skutków, na odwracalność przyczyn i skutków, pociągająca za sobą nieporządek lub porządek chaotyczny (dokładnie taka jest nasza obecna sytuacja: odwracalność realności [le réel] i informacji, która jest źródłem nieporządku w królestwie zdarzeń i ekstrawagancji mediów) przypominają w pewnej mierze teorię chaosu i dysproporcję między uderzeniem skrzydeł motyla i huraganem na drugim końcu świata. Przypomina to również paradoksalną hipotezę Jacques’a Benveniste’a o pamięci wody…

Zapewne samą historię należy uważać za formację chaotyczną, w której przyspieszenie kładzie kres liniowości, a turbulencja wywołana przez przyspieszenie definitywnie zmienia jej bieg, podobnie jak turbulencja oddala skutki od ich przyczyn.

Komentarz Sokala i Bricmonta:

Przede wszystkim teoria chaosu absolutnie nie odwraca związku przyczynowo-skutkowego. (Nawet w dziedzinie społecznej trudno przypuścić, by jakiekolwiek teraźniejsze działanie mogło wpłynąć na zdarzenie w przeszłości.) Ponadto teoria chaosu nie ma nic wspólnego z hipotezą Benveniste’a na temat pamięci wody [w przypisie S. i B. dodają, iż choć teoria Benveniste'a została  w nauce bardzo szybko zdyskredytowana, pozostała jednak jedną z ulubionych metafor Baudrillarda]. Wreszcie, ostatnie zdanie, choć zbudowane z terminów naukowych, jest z punktu widzenia nauki całkowicie bezsensowne.

Raz jeszcze Baudrillard:

Nie ma lepszego modelu związku łączącego ekran komputera z ekranem umysłu niż topologia Möbiusa, z jego szczególnym przystawaniem w jednej spirali tego, co bliskie i daleki, wewnętrzne i zewnętrzne, obiektywne i subiektywne. W zgodzie z tym samym modelem informacja i komunikacja nieustannie krążą wokół siebie, stanowiąc powierzchowne połączenie podmiotu i przedmiotu, wnętrza i zewnętrza, pytania i odpowiedzi, zdarzenia i obrazu, i tak dalej. Formą tego jest nieuchronnie skręcony pierścień, przypominający matematyczny symbol nieskończoności.

Sokal i Bricmont oniemieli w zaskoczeniu i nie skomentowali powyższego, cytując w zamian dosadną opinię Grossa i Levitta, iż jest to równie pompatyczne, jak bezsensowne. (P.R.Gross, N.Levitt, Higher Superstition: The Academic Left and its Quarrels with Science, s.80)
Terminologiczne nadużycia i fantazje towarzyszą ciekawym teoriom Deleuzego, towarzyszą też niekiedy ciekawym teoriom Baudrillarda. Dały one zarazem początek dość powszechnemu trendowi, który całkiem zasłużenie zyskał sobie lekceważące miano „pomo” (od postmodernizmu).

O pracy Sokala i Bricmonta Jon Henley napisał, że autorzy demonstrują w niej, iż współczesna filozofia francuska to kupa śmieci. Robert Maggiori ripostował w Libération, że autorzy są pozbawionymi poczucia humoru, "scjentystycznymi pedantami", którzy poprawiają błędy gramatyczne w listach miłosnych.

Obaj krytycy mają, na swój sposób wiele racji (Maggiori poniekąd wbrew sobie). Dziwaczne dekoracje zaśmiecają teorię, a sama teoria chyba nazbyt mocno chce udawać sentymentalne wyznania…

*     *     *

Wszystkie cytaty z: Sokal A., Bricmont J., Modne bzdury. O nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów, tłum. Piotr Amsterdamski (Prószyński i S-ka, Warszawa 1998).



Alan Sokal jest profesorem matematyki w University College London i profesorem fizyki w New York University.







Jean Bricmont jest fizykiem teoretycznym, filozofem nauki i profesorem w Université catholique de Louvain.






______________________

K O M E N T A R Z E
______________________


dariasiemion 16 sierpnia 2012 13:49
Normalnie nabieram kompleksów, czytając teksty, wymagające tak obszernej wiedzy, natomiast dziś, tak mnie nastroiłeś na postmodernizm, że pisząc kolokwialnie- oleję Twoje wszechstronne przygotowanie do opanowania kontekstu, podlegającego analizie ;) A tak na poważnie- szacun!
I coś więcej o dekonstrukcji poproszę, w ujęciu Barthesa, nie Derridy. Źle się wyrażam- chodzi mi o opis umniejszenia roli autora i wolności interpretacji. To też łączyło obydwóch panów :) Nieśmiało proszę o opracowanie. Masz jakiś pedagogiczny dar- fajnie się czyta.
Chylę czoła!

Afapipi 16 sierpnia 2012 16:00
@Marlow
Szczerze pisząc tak mnie pochłonęły zawirowania roszczeniowe obecna od jakiegoś czasu na blogosferze, że ominęłam polemikę wspomnianych przez Ciebie Panów. Dopiero Twoje "postmodernistyczne refleksje" skłoniły mnie do analizy wypowiedzi Henrykspola i Andrzeja Orzechowskiego. Twój wywód jest jak kamienie Machu Picchu - nie można między nie wcisnąć nawet ostrza żyletki :)
Generalnie Wasza polemika przywodzi mi na myśl słowa klasyka (rym całkowicie przypadkowy)-
"By rozum był przy młodości,
Nigdy takiej obfitości
Pereł morze i ziemia złota nie urodzi,
Żeby tego nie mieli tym dostawać młodzi.
Mniej by na świecie trosk było,
By się to dwoje łączyło;
I oni by rozkoszy trwalszych używali,
Siebie ani powinnych w żal by nie wdawali". :mrgreen:

Marlow 16 sierpnia 2012 16:46
@dariasiemion Dzięki! Lato jest - olewaj równo! ;) Barthes, zobaczymy, może jeszcze kiedyś wrzucę "Pieśń o Rolandzie" :mrgreen:
@Afapipi
He... nurt pomo ten sam klasyk przewidział:
Tylu Was, a jakby nikogo nie było...
:D
Pozdrawiam!

dariasiemion 16 sierpnia 2012 17:11
@Marlow
A mi się marzy praca, w której zostanie do siebie odniesiony dekonstrukcjonizm Derridy i eseje Barthesa, których bądź co bądź, nigdy nie czytałam, nie sposób się do nich dokopać, dużo łatwiej o omówienie, krytykę niż sam tekst. Chore :(
Lubisz Rolanda! Na pewno wiesz gdzie szukać, pomocy! I nie pytaj: DLACZEGO? DLACZEGO? DLACZEGO? :P

Marlow 16 sierpnia 2012 17:51
(@Marlow)
@dariasiemion To pytanie jest podstawowym narzędziem analizy. Ważne tylko, żeby księdza nigdy w ten sposób nie pytać, bo się wq***wia i od heretyków wyzywa, a potem pół dzielnicy chce stawiać wódkę i się człowiek rozpija (pies też) ;)


dariasiemion 16 sierpnia 2012 18:00
@Marlow
- A teraz Was pobłogosławię.
- Dlaczego?
Obawiam się, że możesz mieć rację :D
W odpowiedzi na Twoje- moje pytanie, powiem, że po prostu chciałabym przeczytać w końcu tekst źródłowy, zamiast karmić się gotowymi ocenami. Wiem, że zawsze mam do Ciebie jakieś prośby, ale... Jakbyś mógł być tak miły i pomógł mi w zobaczeniu na własne oczy śmierci autora ;)

henrykspol 16 sierpnia 2012 20:48
@dariasiemion
http://www.deathoftheauthor.com/death-of-the-author.pdf Pozdrawiam za autora

dariasiemion 16 sierpnia 2012 20:53
@henrykspol
Dziękuję! Przy okazji popracuję nad angielskim- dwa w jednym :D No i Marlow został odciążony ;)

henrykspol 16 sierpnia 2012 21:19
Jeana Baudrillarda
Nie czytałem Jeana Baudrillarda (i czytać nie zamierzam), karmiłem się cytatami podtykanymi przez Andrzeja Orzechowskiego. Sądziłem, że wzmiankowany autor tylko odnośnie ekonomii pisze jak pisze. A tu masz ci los. :( Nawiasem, ciekaw jestem, czy istnieje choć jedno opracowanie podobne do Twojego wpisu. Niestety, nie dasz rady opracować charakterystyk całej nauki (niechby tylko polskiej z zaznaczeniem wpływów). Powstałaby nieobszerna publikacja, stanowiąca podstawę podstaw dalszych analiz. Jeśli Marlow docenił, naukowiec się liczy, brak wzmianki: nie ma naukowca. Żadnej demokracji ani możliwości odwołań. Szkoda, że niewykonalne. :(

henrykspol 16 sierpnia 2012 21:22
@dariasiemion
Poczułem się trochę użyteczny. :)


dariasiemion 16 sierpnia 2012 21:31
@henrykspol
Byłabym troszkę spokojniejsza, gdyby był Pan ministrem finansów, naprawdę, a jak esej dostałam, to w ogóle- love :P

Andrzej Jędrasik 16 sierpnia 2012 21:35
@dariasiemion,@henrykspol
Jeszcze nie jest?!Uff,jaki spokój...

henrykspol 16 sierpnia 2012 21:37
@Marlow
Mój komentarz z 16 sierpnia 2012 21:19 skierowałem do Jeana Baudrillarda pomyłkowo. Jest oczywiście do Ciebie. :)

henrykspol 16 sierpnia 2012 21:40
@dariasiemion
Ładne mi love. Raz jestem Pan a raz Ty. Wolę Ty. Decyzja należy do Pani/Ciebie :)

henrykspol 16 sierpnia 2012 21:41
@Andrzej-jedrasik
Cieszysz się stanowczo przedwcześnie! :)


Andrzej Jędrasik 16 sierpnia 2012 21:46
(@Andrzej-jedrasik)
Nic mi nie zrobisz.Wszystko ulokowałem w Amber Gold! :)

dariasiemion 16 sierpnia 2012 21:46
@henrykspol
Skoro wychodzisz z propozycją, niech będzie- Ty :D A teraz wracam do pisania, niedługo publikacja :P


henrykspol 16 sierpnia 2012 21:53
@Andrzej-jedrasik
Nie tak prędko! Bekniesz za sprzeniewierzenie środków przydatnych Skarbowi Państwa! Nie takie rzeczy można udowodnić. Popatrz na Ukrainę. :)

henrykspol 16 sierpnia 2012 21:56
@dariasiemion
Bardzo mi przyjemnie. Pisz, bo późno się robi.:)

Marlow 16 sierpnia 2012 21:57
@henrykspol Nie ma sprawy, dotarło do jeszcze żywego adresata :D
Ale Twój pomysł z takim przeglądem naszych sław... To brzmi jak początek filmu z Kitano Takeshi. Muszę skołować kałaka (kumpel z wojska! ;) )
Mówiąc poważnie, jest tu kwestia interpretacji, można tę dowolność dekoracyjnych cytatów traktować jako wartość - "list miłosny", można jako wyraźne obniżenie własności tekstu. Kwestia, powiedziałbym, subiektywnych potrzeb. Czym ma być tekst naukowy, oto jest pytanie, i drugie jeszcze - jakie są granice jego decorum.
Nie chciałem już pakować więcej do wpisu, ale sprawdziłem kontekst tego cytatu o wstędze Möbiusa. Myślałem, że chodzi tu o kwestię postrzegania wydarzeń na ekranie komputera jako bliskich, gdy "w realu" dzieją się daleko. Nic nowego by to nie było - dawniej wiele napisano tego o telewizji (wcześniej o gazetach) - ale to mogłoby w sumie uzasadniać metaforę.
Jednak okazuje się że nie, bynajmniej nie o to chodzi. Möbius ma, jeśli zrozumiałem tekst, obrazować semantyczną relację między znaczącym a znaczonym. Nie będę tu eseju pisał, powiem tylko, że w takim wypadku ocena Grossa i Levitta trafia w sedno...
Pozdrawiam!


Andrzej Jędrasik 16 sierpnia 2012 21:58
@henrykspol
Już się zaczynam czesać jak Julka. :)
Ps.
I znowu zaczynasz uwodzić piękne dziewczyny proponując im przejście na ty! :)

Marlow 16 sierpnia 2012 22:02
@dariasiemion @Andrzej-jedrasik Pomysł jest przedni, Henrykspol ma właściwą głowę do tego kapelusza! :)

Andrzej Jędrasik 16 sierpnia 2012 22:03
@Marlow
I bajer jeszcze. :)
Jan Antony Vincent-Rostowski musi odejść!!!


henrykspol 16 sierpnia 2012 22:15
@Marlow
Mam cień podejrzenia, że naukowi autorzy nie zawsze dokładnie wiedzą o co im chodzi. Jean Baudrillard podobno odrzucił pogląd, że "Matrix" odzwierciedla jego koncepcje. Ale nie wykorzystał chyba okazji, by wyjaśnić czemu tak jest. Moim zdaniem (i chyba np. Norwida):), artysta to ktoś, kto nie musi do końca rozumieć co stworzył oraz o co mu chodzi. Po to jest artystą, by m.in. zjawiska, rzeczy mało uchwytne wyrażać. Gdyby np. Jeana Baudrillarda do artystów zaliczyć, brzmiałby tajemniczo i ciekawie może. ;)

henrykspol 16 sierpnia 2012 22:18
@Andrzej-jedrasik
Ty mnie za siebie nie podstawiaj! Przeprowadzę analizę Twoich umizgów do Blogerek i się okaże! :)


Andrzej Jędrasik 16 sierpnia 2012 22:26
@henrykspol
Jan Antony Vincent-Rostowski musi odejść!!!

henrykspol 16 sierpnia 2012 22:27
@Marlow
@Andrzej-jedrasik
Głowę wystarczy uczesać i pasuje tak lub inaczej. :) Ale na przykład odporność psychiczną obecnego Ministra Finansów podziwiam. Na pewno nie może odejść! Poza tym, znaczna część przepisów, które musi wykonywać MF mnie wkurza. Jak będziecie mieli etat genseka/wodza/króla w monarchii absolutnej, to zgłoszę kandydaturę Mojej Osoby! :)

Andrzej Jędrasik 16 sierpnia 2012 22:29
@henrykspol
Jan Antony Vincent-Rostowski właśnie odszedł.Nie wyłączaj telefonu! :)

henrykspol 16 sierpnia 2012 22:32
@dariasiemion
@Andrzej-jedrasik
Jak skończysz pisać, zwróć uwagę na A.Jędrasika. Komplementuje Ciebie, w komentarzu skierowanym do mnie! To się jakoś nazywa. Perfidia, czy jeszcze gorzej? :)

Andrzej Jędrasik 16 sierpnia 2012 22:34
@henrykspol
TELEFON! :)


henrykspol 16 sierpnia 2012 22:36
@Andrzej-jedrasik
Przestraszyłeś mnie. Siejesz normalnie wrogą propagandę. Aż boję się spytać: kto za Tobą stoi? :)

Andrzej Jędrasik 16 sierpnia 2012 22:38
@henrykspol
Ci,co dzwonią...

dariasiemion 16 sierpnia 2012 22:39
@henrykspol
Napisane już i opublikowane :)
A ja tam nie zamierzam udawać, że nie jest to na swój sposób miłe :P
Dodam, w związku z wpisem psinki, że postmoderniści, to ogółem, przynajmniej moim zdaniem przerost formy nad treścią. Zamiast po prostu powiedzieć (tak w nawiązaniu do śmierci autora), że zwyczajnie każdy powinien interpretować tekst w sposób dla niego "wartościowy", piszą setki stron na ten temat, a i tak wyszło, że na maturze, w XXI wieku musimy domyślać się jaką intencję wyraził autor. I można się z tym zgadzać, czy nie zgadzać, ale faktem jest, że Szymborska nie zdałaby z własnego wiersza ;) Jest to ułomne, w świetle tych wydarzeń muszę przybić jemu pionę, choć nie jestem za całkowitym ignorowaniem zamysłu autora.

henrykspol 16 sierpnia 2012 22:39
@Andrzej-jedrasik
Pomyłka. Nie ze mną takie numery, Borzow! :)

Andrzej Orzechowski 16 sierpnia 2012 22:46
(@andj)
Ode mnie też plusik, za wyjątkowo trafny dobór krytyków postmodernizmu ;)
Tak jak ja zderzyłem się tu ostatnio z prof. Krysztofiakiem (który zrobił ze mnie faszystę), tak i filozofowie postmodernizmu najmocniej działają na nerwy umysłom ścisłym (tu profesorom fizyki i matematyki) :) Nihil novi :)


henrykspol 16 sierpnia 2012 22:49
@dariasiemion
Oj, z punku widzenia ich teorii społeczno -gospodarczych, to chyba prawie wyłącznie forma. Złośliwi, anglojęzyczni wrogowie postmodernistów, zrobili automatycznego twórcę takich tekstów, Klikasz i masz gotowiutki tekst (coś jak generator Lorem Ipsum). Pewnie nie tylko Szymborska, większość znanych twórców oblałaby maturę z ich własnej twórczości. Twój wpis przeczytam niebawem. Pozdrawiam Cię przed północą.

Marlow 16 sierpnia 2012 22:55
Splotło się kilka wątków.
Przede wszystkim:
@andj Wielkie dzięki! :).
@Andrzej-jedrasik @henrykspol @dariasiemion Komu dzwonią, temu dzwonią. Andrzej tu jakąś kuluarową politykę przemyca i brzmi to trochę groźnie, ale trochę pocieszająco - warto wiedzieć, kto, tak naprawdę, rozdaje te stołki :)
@Andrzej-jedrasik Ja już kiedyś pisałem, chętnie zaopiekuję się służbami specjalnymi. Moje motto: z rana kawka, w pracy Kafka, wieczorem Mad Dog :)
@henrykspol @dariasiemion : Wasze komentarze wzajemnie się uzupełniają. Też mam takie wrażenie - w ich pracach najciekawsze są krótkie analizy, kiedy zwyczajnie nie mają miejsca ani czasu na (nie mówcie naszemu poecie) poezję sentymentalną! ;)

dariasiemion 16 sierpnia 2012 23:09
@henrykspol Co do gospodarki wolę się nie wypowiadać, chyba, że kiedyś założę kabaret ;)
@Marlow
Nie, nie, żadnych służb specjalnych. Muszę z @Andrzej-jedrasik porozmawiać, użyć swoich wpływów, żeby darował Ci stołek ministra kultury, albo cyfryzacji, albo spraw wewnętrznych, albo zagranicznych (byłabym spokojniejsza). Zgłaszam się na prezydenta, jakby co ;)
Z literaturą, jak z życiem- chyba każdy lubi mówienie wprost, bez narzucania interpretacji. Mnie osobiście, denerwuje postmodernizm, choć cieszę się, że był/jest. Nie lubię długich zdań, lubię minimum słów, maksimum wyrazu i treści. I dlatego też nie lubię czytać swoich tekstów ;) Mimo to, nie wybaczę Ci pominięcia mojej twórczości, wszak również, podobnie jak Andrzej zamieściłam na blogu swoją poezję!

Marlow 16 sierpnia 2012 23:13
@dariasiemion Ach, te poetyckie rywalizacje... Kilka rymów i już się gubię... :(
Wolę służby specjalne - jest Kafka, jest zabawa! :D

dariasiemion 16 sierpnia 2012 23:18
@Marlow No co? Mickiewicz też był zazdrośnikiem :P
A to tak w związku z modą na proces? :D


RaCZa 16 sierpnia 2012 23:57
@Marlow
Zgadzam się z zaproponowanym określeniem postmodernizmu, ale jak - do kurwy nędzy - można było po jego dokonaniu, analizować, a najpierw zgodzić się na jakąkolwiek jego krytykę. Poza tą sprowadzającą się do stwierdzenia, że - w zasadzie - czegoś takiego jak postmodernizm nie ma, oczywiście.

Andrzej Orzechowski 17 sierpnia 2012 00:35
(@andj)
@racza
W punkt! :D

Marlow 17 sierpnia 2012 01:12
(@Marlow)
@racza No widzisz? W punkt! :)
PS. No Ci przecież nie będę tłumaczył...

RaCZa 17 sierpnia 2012 07:53
@Marków
Punkt G. ;)

No comments:

Post a Comment