... Newsweek, Portal Opinii - 20. 07. 2012 |
Miałem stylowo rozpocząć od cytatu z Pozując dla Klimta Carol Bergman; tam w jednym akapicie pojawia się Klimt, Wiedeń, dzwony Św. Szczepana, końskie łajno i niejaka Anna, nieco przypominająca Almę Mahler, ale prawdę powiedziawszy proza Bergman cienka jest, jak spódnica rzeczonej Anny, postanowiłem więc reklamy jej nie robić, bo i po co. Zacznę więc od prywaty. Tak się oto przyjemnie złożyło, że niedawno przerabiałem w Austrii tzw. fuchę. Złożyło się też, że miałem w Wiedniu jeden (dosłownie) dzień przerwy. U mnie, jak się zacznie składać, to przestać nie chce, niczym szwajcarski scyzoryk albo krzesełko plażowe. Złożyło się więc wreszcie, że minęło właśnie 150 lat od urodzin Gustawa Klimta. Klimt oczywiście talent swój zawdzięczał częstej w owych czasach chorobie wenerycznej – o czym wiemy z pamiętnika młodej lekarki – ale przecież nie tylko za to go cenimy. O rocznicy Klimta trudno w Wiedniu zapomnieć, gdy Pocałunek spogląda z plakatów na każdym budynku, z większości okładek kolorowych czasopism (czarno-białych nie przeglądałem, jak wiadomo, służą one do innych celów) i z tramwajowych przystanków.
Gustawa obrazy i obrazki lubię od dawna, podobnie jak jego miasto – stąd i moja niestosowna propozycja, czyli: co zrobić, kiedy mamy w Wiedniu tylko dzień i akurat jest to rok Klimta.
Mój tekst wszak, jak w opowiastce o Jasiu i harmonijce ustnej, stawał się szerszy, i szerszy, i szerszy… Póki co, część I. Bójcie się: ciąg dalszy nastąpi!
________________
[] Gustav Klimt nad jeziorem Atter. Autochrom Lumiere’a – Friedrich Walker.
Jugosłowiańska pobudka
Wstać trzeba dość wcześnie, bo dzień na Wiedeń to śmiesznie mało, a na Klimta to już w ogóle nie ma o czym mówić. Wcześnie to jednak nie znaczy o 5 rano. O 5 rano wstają w Styrii, żeby przystąpić do dojenia owiec i turystów, nie w Wiedniu, a i sam Klimt popatrzyłby tylko na wstającego z zaskoczonym rozbawieniem, jak na, nie przymierzając, Egona Schiele. Wstajemy więc wcześnie, ale bez przesady, i po obowiązkowej kawie zamykamy za sobą drzwi jugosłowiańskiego apartamentu U rzeźnika, by wyruszyć tropem Gucia. Tu słowo wyjaśnienia, otóż apartament, jeden z wielu w dyspozycji sympatycznej pary niedawnych mieszkańców Bałkanów, dziś szalejących po Wiedniu Smartem wielkości zegarka, okazał się świetną alternatywą dla tanich hoteli. Cena podobna, warunki o niebo lepsze, a przy okazji można pogadać z artystyczną bohemą i lumpenproletariatem, zgodnie zamieszkującymi pozostałe mieszkania międzywojennej czynszówki przy Schlachthausgasse – czyli Rzeźni, mówiąc po ludzku.
[] Helmut Holleis, Budynek mieszkalno-biurowy przy Schlachthausgasse, 2005. Fot. Gerald Zugman/CoopHiimelblau
Zamykamy więc drzwi, przyszywamy klucz do kieszeni (50 Euro za zgubienie!) i ruszamy w drogę. Wiedeń, co by nie mówić, nie jest znów aż tak mały, więc warto odżałować oszałamiającą sumę 6 Euro i 70 centów za bilet 24-godzinny (tu jeszcze jedna zaleta unikania wstawania o świcie – w 24 godzinach zmieści się przejazd na dworzec następnego ranka). Zaopatrzeni w posłusznie wypluty przez automat prostokącik, wsiadamy do U-bahnu i ruszamy na Ring, do historycznego centrum Wiednia. Zacząć można od czegokolwiek, ale to Wiedeń przecież, więc wszyscy wysiadają na Stephanplatz, w samym środku miasta. Nie będziemy, niczym Rejtan, rozkładać się w drzwiach metra i też wysiądziemy. Już po krótkiej chwili obwąchiwania tłumów turystów (gorąco, nawet wczesnego lata) stajemy przed gościnnie otwartymi wrotami katedry Św. Szczepana.
Stephansdom
Dzisiejszy Stephanplatz to było kiedyś bardzo rozwojowe miejsce, i gdyby przodkowie szanownych czytelników zainwestowali tu trochę tych denarów Chrobrego z pawiem w koronie, to dzisiaj popijalibyście Frascati z lodem nad jeziorem Como, zamiast gapić się w ekran komputera w Mosinie.
(Notka historyczno-numizmatyczna: kiedy stemplowy mennicy zapytał Bolesława, co ma być na awersie, ów zwyczajnie puścił pawia – było to rankiem po Zjeździe Gnieźnieńskim; później się wredny Brandenburczyk wyśmiewał, że Princeps Polonie pawia wypuszcza i tak właśnie powstał mit o pijaństwie Polaków.)
[] Stephanplatz
Kapliczka ku czci św. Szczepana stała sobie kiedyś na rozdrożach, potem kościół parafialny w małej parafii, ale ów się w XIII wieku spalił, a parafia zamieniła w diecezję, postanowili więc wiedeńczycy postawić coś nieco bardziej trwałego. Nieopatrznie zdecydowali się na romańską bazylikę, nie zauważając, że styl romański właśnie wychodzi z mody. Wszyscy dokoła zaczynali już stawiać gotyckie katedry i Francuzi, znacząco spoglądając na ostre łuki St. Denis, dawali do zrozumienia, że romanizm jest démodé i tylko w dzikich krajach jeszcze tak budują, np. w Austrii. Wiedeńczycy, dumny naród, prawie nową, romańską katedrę rozebrali i czym prędzej postawili gotycką. Ta sobie do dzisiaj stoi, a że każdy cesarz coś tam dołożył, nic więc dziwnego, że zrobiła się z tego dobra ilustracja do tezy Benjamina, iż w cywilizowanym świecie miasta zamieniają się w muzea, a nagromadzenie muzealnych obiektów w reprezentacyjnych wnętrzach ilustruje historię przechowywaną w „pamięci wspólnot” (kolektywów, napisał Walter Benjamin, guru współczesnego kulturoznawstwa i historii sztuki, ale my wiemy, co to za propaganda). Są więc katedry – muzea władzy, katedry – muzea ruchu pielgrzymkowego, różne są, ale wiedeńska mieszczanom przestrzeń udostępnia, ciut jak kościół mariacki w Krakowie; w sumie budowany w tym samym czasie. Choć tak na zdrowy rozum, najważniejsze elementy wyposażenia są dość wyraźnie związane z Cesarstwem i przenoszą idee imperialno-religijne, chyba więc guru Benjamin, efekciarz i populista, w kanał nas wpuszcza, jak zwykle.
[] Katedra św. Szczepana
Trudno Klimta do katedry wiedeńskiej zaciągnąć. Z Klimta, jak wszyscy wiemy, był wredny poganin, a w jakiej się religii urodził, to już słodka tajemnica jego ojca, Ernsta Klimta, czeskiego złotnika, który poszukując lebensraumu, a jeszcze bardziej jakiegoś liebesleben, przeprowadził się do austriackiego Baumgarten. W Austrii Ernst tak oczarował pannę Annę Finster, że ta porzuciła marzenia o karierze wokalistki lirycznej i zajęła się przygotowywaniem sznycli dla szybko powiększającego się stadka małych Klimciąt, które wkrótce, wraz z ojcem, matką i całą ludnością Baumgarten stały się wiedeńczykami.
W jakiej by się religii Klimt nie urodził, do św. Szczepana wszyscy czasem zachodzili, jako że obok religijnych, katedra pełniła także funkcje państwowe. Prawdą jest wszak, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – a w tym wypadku stania, bo urocze, składane krzesełka nie były jeszcze tradycyjnym wyposażeniem katedr i większość pospólstwa zwyczajnie stała na własnych nogach. Czeski złotnik, choćby i najbardziej czarujący, też stał, i to daleko od ołtarza. Przestrzeń wokół prezbiterium dla ważnych osobistości była zarezerwowana, dalej, ku drzwiom, stawano najpierw w kolejności dziobania, a dopiero na końcu w kolejności złocenia. Ze swego miejsca przy drzwiach, mały Gucio, znudzony ceremoniałem cesarskich uroczystości, miał dobry widok na dwa ważne dzieła zdobiące wnętrze wiedeńskiej katedry.
[] Pötscher Madonna, fot: Wiki
Pierwszym z nich jest Pötscher Madonna, czyli mariapocska ikona Matki Boskiej w typie Hodigitrii (Wskazującej Drogę). Ikonę w roku 1676 namalował według reguł szkoły karpacko-ruskiej István Papp, na zamówienie sędziego László Csigri, który chciał w ten sposób podziękować Najświętszej Panience za cudowne ocalenie z muzułmańskiej niewoli. Csigri, choć sędzia, miał więcej pobożności niż mamony i stan ten, ze wszech miar godny pochwały u pracownika wymiaru sprawiedliwości, uniemożliwił mu zapłacenie za zlecone dzieło. Z pomocą pospieszył imć pan Lőrinc Hurta, który ikonę nabył i miejscowej cerkwi podarował. W roku 1696 mieszkańcy Mariapocs (wcześniej Pocs) byli świadkami cudu, gdy Matka Boska w swym wizerunku dwukrotnie zapłakała prawdziwymi łzami. I to wredna potwarz, co dziś mówią złośliwi wiedeńczycy, że nie potrzeba mieszkać w Posc aż 20 lat, żeby zrozumieć dlaczego. Poruszony świętymi łzami cesarz Leopold I polecił, w 1697, ikonę przenieść do katedry wiedeńskiej, by zapewnić obrazowi godniejszą oprawę, a cesarstwu więcej świętej protekcji; już wtedy Austriacy coś z tą protekcją mieli na rzeczy.
Matka Boska odwdzięczyła się cesarzowi jeszcze tego samego roku, zapewniając wojskom chrześcijańskim wspaniałe zwycięstwo pod Zentą, a wzruszona cesarzowa Eleonora Magdalena poleciła wykonać dla wizerunku kosztowną rizę (sukienkę, a właściwie oprawę). W ten sposób powstało charakterystyczne dla wielu ikon połączenie malowanych czystymi, wyrazistymi barwami postaci o jasnych, smukłych twarzach ze zdecydowanie zaakcentowaną partią oczu i ciężkiej, połyskującej w blasku świec, złotej i srebrnej oprawy. I to połączenie jakoś się Guciowi utrwaliło, w czym nieco pomogła dużego już Gustawa wyprawa do Wenecji i Rawenny.[] Klimt, Pallas Athene, 1898, Historisches Museum der Stadt Wien, Wiedeń
Drugie dzieło na które musiał się gapić Klimt Junior, to wspaniała, gotycka ambona, tradycyjnie przypisywana pochodzącemu z Brna morawskiemu rzeźbiarzowi Antonowi Pilgrimowi. Jakość dłuta wskazuje, iż byłoby to zdecydowanie najlepsze dzieło Pilgrima, przewyższające wszystkie pozostałe jego dokonania – co też dało ostatnio asumpt do przesunięcia autorstwa na Holendra Nikolausa Gerhaerta van Leyden, uznawanego za najlepszego z gotyckich rzeźbiarzy północy (krakowiacy dodadzą w tym miejscu, że może i najlepszego, ale po Wicie Stwoszu). Którykolwiek z nich był autorem, wykonał, w latach 1514-1515, jedną z najciekawszych gotyckich ambon Europy. Reliefowe półpostacie doktorów kościoła, każdy w innym stadium żywota i, najwyraźniej, w innym nastroju, zawieszone zostały w lekkiej, ażurowej siatce rybich pęcherzy i ornamentów roślinnych, pozostawiających miejsce dla skręconego ciągu stopni, po których balustradzie wspinają się gadziny rozmaite, zatrzymane wszak tuż przed szanownymi doktorami przez małego, ale bardzo stanowczego szczeniaczka.
A jeśli szanownym czytelnikom przyjdzie do głowy, że i w późniejszych pracach Klimta takie średniowieczne połączenie ornamentów i postaci występuje, to mogę tylko powiedzieć, że to podejrzany zbieg okoliczności.
Oba te dzieła znajdują się w pobliżu wejścia, ambona przy lewym filarze nawy głównej, Madonna w ołtarzu po prawej, w sam raz w zasięgu wzroku potomstwa czeskiego złotnika. Po ich uważnym obejrzeniu przechodzimy dalej, bo zobaczyć warto u św. Szczepana o wiele więcej. Tu uwaga, podczas mszy nie wchodzimy za balaski, nawet jeśli koniecznie chcemy zrobić zdjęcie głównego ołtarza. Ołtarz jest wprawdzie znakomity, ale wiedeńczycy są jakoś dziwnie uczuleni na tym punkcie i niewinnego turystę łapią, na kopach wyrzucają z katedry i jeszcze przybijają za kapuzę do głównych drzwi.
[] Katedra św. Szczepana, ambona
Strudzeni oglądaniem (ewentualnie odczepiając się od drzwi katedry) zaczynamy powoli kontemplować coraz bardziej atrakcyjną wizję w której poczesne miejsce zajmuje Ein Verlängerter lub zgoła (dla tych o słabszych hamulcach konsumpcyjnych, w tym autora) Melange, najpierw wszak trzeba wybrać miejsce konsumpcji. Jeśli ktoś serio pomyślał „Starbucks”, proszę uprzejmie o rezygnację z dalszej lektury, nie będę rzucał kawy przed wieprze. Kawiarnie w Wiedniu są w co drugim budynku, ale raptem parę przecznic dalej znajduje się jedyny lokal do którego musimy się udać by towarzystwa Gustawa nie utracić.
Das Café Central
Prawda, Central to najbardziej turystyczna z wiedeńskich kawiarni. Ale to zarazem instytucja, której pominąć niepodobna, i nie tylko dlatego, że w jej wnętrzach (podrabianych w studio filmowym, w Central mają jednak swoje standardy) dzieje się znaczna część filmu „Klimt” Raoula Ruiza.
[] Schiele, Gustav Klimt in seinem blauen Arbeitskittel – Gustav Klimt w swej niebieskiej szacie,1913 Gwasz i ołówek, 52,5 x 28 cm. Za: Lessing Photo Archiv.
W filmie, Gustawa, potwornie odchudzonego ale jednak niepokojąco podobnego do namalowanego przez Schielego błękitnego portretu, zagrał wiecznie zamyślony John Malkovich, a założona w 1876 roku Café Central zyskała renomę lokalu w którym należy bywać, więc się bywało, oj bywało. Klimt lekceważył tu Egona Schiele, Lenin i Trocki snuli diaboliczne plany światowej rewolucji, Freud rozmyślał (z zażenowaniem) o kompleksie Edypa i (z nadzieją) o nienasyconych studentkach psychologii, ubogi Leo Perutz kontemplował perspektywę nocy pod kamiennym mostem, sprytny Josip Bros-Tito kombinował jak najskuteczniej skłócić wszystkie narody półwyspu bałkańskiego, a Adolf Hitler, jak wielu początkujących malarzy, przekonywał się, iż jego talent nie potrafi przełamać zacofanych gustów nabywców, czepiających się braku wyczucia przestrzeni i nadmiaru koloru brunatnego. Przyszły wódz ze szczególną niechęcią wspominał Klimta właśnie, którego zdegenerowana sztuka cieszyła się nieuzasadnionym powodzeniem wśród bogatych, wiedeńskich Żydów. Krótko mówiąc, wpadali tam wszyscy, od Vicky Baum po Stanisława Lema, i dlatego też Wittgenstein, w rzadkim przypływie natchnienia, słusznie uznał Café Central za Weltanschaung sam w sobie.
[] Café Central, Wiedeń
Słyszałem taką dziwną plotkę, że w Central trzeba wcześniej rezerwować stolik. Może i trzeba, nie wiem, to zapewne zależy od gościa i przypadku. Jak dla mnie, masywne odrzwia gościnnie otwarte, za nimi, jak spod ziemi, wyrasta uprzejmy maître d’ by poprowadzić do stolika od którego dwóch kelnerów właśnie grzecznie, acz stanowczo, wyprasza gości z kategorii „rezerwującej” (przypadek, nic więcej). Wygodnie sadzając ogon na secesyjnym „halbfauteilu nr 15” Thoneta, przystępujemy do studiów wręczonego nam ze stosownym namaszczeniem menu. Obyczaj nakazuje zamówić Ein Verlängerter czyli wiedeńskie espresso ze śmietanką podlane większą ilością wrzątku, ewentualnie Melange, w zasadzie to samo, ale przykryte potężną czapą spienionego mleka – w wersji prowincjonalnej – lub bitej śmietany – w Café Central. Zwykłe Melange można wypić wszędzie, ale to w Central…
[] Café Central – filiżanka Melange
Weszliśmy wprawdzie tylko na kawę, no i żeby bywać, ale co mamy, biedne niebożątka, poradzić, kiedy chefpatissier Pierre Reboul postanowił uczcić Klimta na swój sposób i oto proponuje nam, stworzone specjalnie w tym celu, Klimt Surprise i Klimt Nuss Kuss… Wyczarowany przez Pierre’a, Klimta Orzechowy Pocałunek wygląda wspaniale, ale nazwa brzmi podejrzanie i jeszcze ktoś nam zarzuci wspieranie sławnej ostatnio Agresywnej Grupy Ultragejów, postanawiamy więc zaryzykować Klimtową Niespodziankę, mając nadzieję, iż nazwa nie ma związku ze wspomnianymi wcześniej badaniami młodej lekarki. Już po chwili stoi przed nami niemożliwa do opisania, wyrafinowana mieszanka kawy, karmelu i wanilii, w delikatnym musie otoczonym chrupiącą ścianką czekolady, mit typischen Klimt Kreisornamenten.
[] Pierre Reboul, Klimt Surprise
Po odpowiedniej (dla słonia) dawce kalorii i niezbędnej dawce kofeiny ruszamy dalej. Mijamy Burgtheater, czyli Teatr Miejski, gdzie jest wystawa szkiców Klimta, pośród nich ponoć bardzo interesujący autoportret, ale wszystkiego się nie da, cel mamy nakreślony wyraźnie, trzeba obnażyć całą prawdę o secesyjnych występkach zdegenerowanego bohemiarza. Ze smutkiem porzucamy więc monumentalny budynek Sempera i von Hausenauera, skutecznie udając, że nie, wcale nie widzimy paraleli między ciężkawą architekturą teatru a ciężarem circa 1600 kalorii – to stąd nazwa właśnie, niespodzianka, 1600! Przecinamy Ring i już jesteśmy w Museumsquartier, dawnym kompleksie pałacowym, dziś muzealnym centrum Wiednia.
Leopold Museum
[] Gustav Klimt, Der goldene Ritter, Złoty rycerz, 1903. Fot: Aichi Prefectural Museum of Art, Nagoya
Muzeum Cesarza Leopolda, w tradycji rozplotkowanych dworskich koterii, postanowiło uczcić Klimta wystawą Klimt: z bliska i personalnie, której krytyk Faktu niechybnie dałby lepszy tytuł: „Kobitki jego życia”. Obrazów Klimta jest tam całkiem sporo i znalazło się miejsce dla kilku bardzo ważnych, także dla Złotego Rycerza, którego normalnie oglądać trzeba w Japonii, ważniejsze jednak, że dzielni kustosze zebrali chyba największy jak dotąd zbiór listów, pocztówek, notatek, zdjęć, pamiątek, zrobili rekonstrukcję pracowni (z częściowo autentycznym wyposażeniem i zairskimi posążkami) i wrzucili zusammen wszystko czego Klimt się dotknął, i co nie umarło, ani na drzewo nie uciekło. Na poczesnym miejscu niemal 400 rękopisów, których adresatką była Emilie Flöge, towarzyszka życia artysty - khe, khe! Klimt cieszył się zasłużoną sławą wielbiciela uroków płci przeciwnej (o, ładnie udało się to nazwać), a pośród licznych przedstawicielek owej płci, którym swe uwielbienie okazywał z bliska i personalnie, Emilia, artystyczna projektantka, feministyczna modystka i sprawna businesswoman, zajmowała miejsce szczególne.
[] Gustav Klimt und Emilie Flöge in einem Reformkleid mit Blumenmuster im Garten der Oleander-Villa in Kammer am Attersee. Klimt i Flöge w Kammer nad jeziorem Atter. Fot: IMAGNO/Austrian Archives
Historia zaczęła się zwyczajnie, oto w 1891 roku panna Helen Flöge poślubiła Ernsta Klimta, brata Gustawa. Ernst, nieco mniej utalentowany od brata, ale też niezły malarz, zmarł rok później i zgodnie z męsko-szowinistycznymi regulacjami Gustaw Klimt został prawnym opiekunem wdowy. Prawna opieka wymagała częstych wizyt w domu rodziny Flöge nad jeziorem Atter. Z rodziną mieszkała również młodsza siostra Heleny, 18 letnia Emilia. 11 lat to żadna różnica wieku i choć należy tu obowiązkowo wyrzekać na uwodzącego szwagierkę zwyrodnialca, w rzeczywistości związek ten był pod wieloma względami udany. Emilia stała się ulubioną modelką Gustawa, on zaś, portretujący i adorujący (khe, khe) damy wiedeńskiej elity, zapewniał stały dopływ wyrafinowanej klienteli do jej modnej pracowni. Emilia odkładała w takich momentach inspirowane amerykańskimi bloomerami śmiałe kreacje w wyemancypowanym stylu Reformklaidung, by projektować nieco może konserwatywne, ale nieporównanie bardziej dochodowe suknie, stosowne do gustów wiedeńskiego salonu.
[] Gustav Klimt, Emilie Flöge, 1902. Fot: Wiki
Panna Flöge w swych projektach korzystała z malarskich kompozycji Gustawa, pan Klimt malował damy w strojach Emilii, które pasowały do jego wizji twórczej, i tak, przy najwyraźniej autentycznej, obopólnej fascynacji, przez lata trwał związek obojga. Związek nie całkiem wszak monogamiczny. Choć Gustaw, znawca ludowych mądrości i przeciwnik kupowania całych browarów, nigdy się nie ożenił, miał przecież 14 dzieci z najrozmaitszymi paniami. Musimy tu przyznać, że tylko troje z nich uznał oficjalnie, ale to nie kwestia złej woli, tylko zrozumiałej dyskrecji i dobrej natury malarza, który nie chciał niszczyć ojcowskiej dumy kilku(nastu) znanych wiedeńskich dżentelmenów. O jego egalitarystycznej naturze najlepiej świadczy fakt, iż pośród szczęśliwych mam poczesne miejsce zajęła urocza konduktorka wiedeńskiego tramwaju.
Przy okazji opowiastek z życia prywatnego, można się pogapić na zawieszone w muzeum Leopolda pejzaże Klimta, ilustrujące jego wizyty nad Atter. W rzadkich chwilach niedostatku cielesnych bodźców, Klimt eksperymentował w nich z technikami i formami malarskimi charakterystycznymi dla zupełnie innych gatunków malarstwa, zawsze przecież zdradzając swe grzeszne upodobania. Pogrążony oto w obsesji podglądactwa Gustaw, miał we zwyczaju przechadzać się po okolicy zaopatrzony w kawałek kartonu, z wyciętym z nim prostokątem, który pieszczotliwie nazywał swoim „znajdowaczem”. Przez to okienko spoglądał dokoła w poszukiwaniu voyeurystycznych wrażeń. Jeśli jednak w okienku „znajdowacza” przez dłuższy czas nie pojawiła się stosownie rozebrana niewiasta, Gustaw, w braku laku, malował to, co akurat się w nim znalazło, tłumacząc to później interesującą kompozycją.
[] Gustav Klimt, Allee vor Schloss Kammer, um 1912. Fot: Österreichische Galerie Belvedere
W ten dwuznaczny sposób powstały takie prace jak Aleja drzew w parku przy zamku Kramer, przypominająca niektóre płótna Van Gogha – o którym wiemy przecież od niezrównanej, młodej lekarki, iż dzielił z Klimtem tę samą, wstydliwą przypadłość. Przez dziwne niedopatrzenie ( kalambur niezamierzony) brak tu wprawdzie rozmytej, ostrej żółci, jakoby charakterystycznej dla zniszczonych chorobą receptorów ofiar kiły (diagnoza Młodej Lekarki). Są za to w Alei soczyste, intensywne błękity i zielenie drzew rozświetlonych słońcem, nakładane swobodnymi, „postimpresjonistycznymi” pociągnięciami pędzla, w których solidne pasma farby budują plastyczną, reliefową formę, skontrastowaną z delikatną, słomkową barwą płaskiej i gładkiej warstwy ścian zamku i prześwitującą zza masy splątanych gałęzi ceglastą czerwienią dachu.
Ostatecznie, po wnikliwych studiach korespondencji, dochodzimy do wniosku, że wiemy już, co z tego Klimta był za ptaszek, warto więc obejrzeć sobie kilka obrazków „tylko dla dorosłych”, zawieszonych w innych, znaczniej bardziej stosownych miejscach, tak zwanych, khe, khe, „hotspotach”.
* * *
W następnym odcinku: seks, sznaps i secesja!
_________________________
KOMENTARZE
_________________________
Afapipi 20 lipca 2012 12:45
Eeee takie tam austiackie gadanie! Od Wiednia wolę Pragę, a od Klimta Muchę - Alfonsa rzecz jasna ;)
Napisz coś o Hundertwasserze i sznyclach na Grinzingu. :P
Pozdrówka dla psa kawosza!
Marlow 20 lipca 2012 13:12
@Afapipi Kurcze... Się zaniepokoiłem i to poważnie. Czytałaś drugą część, czy jak? Bez żartów, jest i Hundretwasserze i o sznyclach w Döbling... :O
Ale od Muchy wolę Klimta, choć Mucha też w porządu ;)
Afapipi 20 lipca 2012 13:15
;) Sie wie...
@waw75 20 lipca 2012 16:44
@Marlow
Choinka Marlow ... klasa! Jeśli uda mi się w tym roku, mimo przeszkód wyskoczyć znów do Hollental to - po przeczytaniu Twojego tekstu - z dużym prawdopodobieństwem tym razem zrobimy sobie postój w tym Twoim Wiedniu.
A swoją drogą to faktycznie fascynujące studium: jak miasto i jego klimat wpływa na twórczość artysty. Choć sądzę że percepcje takich malarzy jak Klimt ruszyło koło zamachowe fotografii. Malarstwo przestało być tylko odwzorowaniem rzeczywistości. Ci którzy próbowali wyprzedzać potrzeby klientów - jak choćby Modigliani po prostu zdychali z głodu w nędzy - Klimt urodził się w porę - i jak widać we własciwym miejscu.
Bardzo fajny wpis. Czekam na więcej.
Dariasiemion 20 lipca 2012 17:08
"stadko małych Klimciąt" <3 :P
Świetnie się czytało, naprawdę, no i piękne ciastko :)
Marlow 20 lipca 2012 17:29
@waw75 Dzięki. Ciąg dalszy wkrótce. :) Z wpływem fotografii to bardzo trudna sprawa. Programowo w wypadku secesji to trochę "na odwrót", tzn. ludzie z głównego nurtu secesji byli odrobinę rozczarowani fotografią i demonstrowali jej ograniczenia - całkiem skutecznie. Ale z drugiej strony, Klimt i Ska bardzo lubili wszystko, co nowoczesne, więc prawie wszyscy eksperymentowali z "rozczarowującą" fotografią, sami robili zdjęcia, a "znajdowacz" Klimta jest w gruncie rzeczy takim malarskim odpowiednikiem ustawiania ujęcia w dagerotypie. W sumie - skomplikowane ;)
@dariasiemion Dzięki, mogę tylko zapewnić, że ciastko smakuje jeszcze lepiej niż wygląda :D
PS.@waw75 Hollental tyz pikne, jeśli znajdę moment, to wrzucę jeszcze coś o Dachsteinie ;)
Dariasiemion 20 lipca 2012 17:44
@Marlow Mimo, że w dagerotypie można dostrzec niemalże każdy por skóry, to w tym ujęciu Kate Moss podoba mi się najbardziej. http://flaneriaa.blox.pl/resource/page_975.jpg
A z tym ciastkiem, to proszę mnie nie denerwować, bo żyję dziś na jogurciku i bułeczce. ;)
PS Bodajże do Wigilii jest w Berlinie 450 eksponatów Dalego.
Marlow 20 lipca 2012 17:49
@dariasiemion Dobry dagerotyp, to mocna rzecz, podobnie zresztą jak autochrom. Ale nie ma się co czarować, współczesne aparaty cyfrowe wyższej klasy, są w stanie zapewnić porównywalną ilość szczegółów. Ciężka sprawa, sam robię zdjęcia i cyfrakiem, i starą "3" Nikona. W sumie każde z nich ma jakieś swoje miejsce... Prawdziwym dagerotypem nigdy nie fotografowałem, ale miałem okazję robić zdjęcia płytówką - niesamowita sprawa! ;)
Dariasiemion 20 lipca 2012 17:53
@Marlow Myślę, że dziś dagerotyp czy autochrom może zapewnić ktoś sprawny w posługiwaniu się photoshopem, szkoda. Może i tak nie jest, ale na moje amatorskie oko, to tak to wygląda.
A teraz idę na ciacho! :)
Piotr Bratkowski 20 lipca 2012 18:02
(@Bratkowski-piotr-)
Znajomy fotograf (bardzo dobry, jedna z nagród na World Press Photo) portrety robi tylko płytówką. Kapitalna sprawa: jak mi zrobił niedawno, prawie się w sobie jako ten Narcyz zakochałem :) :)
Marlow 20 lipca 2012 18:10
@dariasiemion Smacznego!
@Bratkowski-piotr- He, mówią, że 90% to jednak model ;)
Swoją drogą praca dobrą płytówką to w sumie spora inwestycja i chyba tylko dla profesjonalisty. Raz, że aparat i płyty, dwa, że cała reszta, bo nie wierzę, że człowiek będzie te płyty oddawał do obróbki. Ja się od kilku lat skromnie przymierzam do trochę porządniejszej lustrzanki dwuobiektywowej - jednak wciąż jeszcze nie przymierzyłem się wystarczająco skutecznie ;)
henrykspol 20 lipca 2012 19:02
@Marlow
Pojęcia o istnieniu Carol Bergman nie miałem. Na szczęście orzekłeś, że owa pisarka cienką jest. Gustaw Klimt - wiedziałem że był ktoś taki. Młoda lekarka zapadła Ci w pamięć- zważywszy na ilość złośliwości pod jej adresem. Nie wiem, dlaczego G.Klimt mógł patrzył na swego protegowanego Egona Schiele z zaskoczonym rozbawieniem. Nie wiem też dlaczego akurat śp. Walter Benjamin, filozof,teoretyk kultury,teolog i marksista (coś pominąłem?) robi za guru kulturoznawstwa i historii sztuki. Musiałem zobaczyć co to Máriapócs oraz co to typ ikonograficzny Hodigitrii. Dowiedzieć się, co też napisał pisarz i matematyk Leo Perutz. To jednak Wittgenstein miewał chwile natchnienia? Po opisie Twojego wkroczenia do Central, wnoszę że nie byłeś zwyczajnym gościem - turystą. Mniej więcej tak chyba, Chuck Norris wkracza do swojego banku. Klimt Nuss Kuss? Klimtowa niespodzianka mit typischen Klimt Kreisornamenten? Wpadł ktoś u na na podobne pomysły? Nie wiem co to amerykańskie bloomery (znalazłem = dymarki). Moje podejrzenia, że jesteś historykiem sztuki o niezwykłych horyzontach, potwierdziły się. Ale nie sądziłem, że opisywać potrawy poetycko i smakowicie też potrafisz. Świetny, moim zdaniem tekst. Czy więcej autorek/autorów Twojego typu nie ma? Dlaczego np. podręczniki historii są beznadziejnie nudne i upierdliwie bezbarwne? Tak tylko, retorycznie pytam. Nawiasem: chyba szkoda by ten wpis trafił po prostu do archiwum? Pozdrawiam Cię serdecznie.
Racza 20 lipca 2012 20:01
@Marlow
Strach pomyśleć jak naświniłeś chłepcąc kawę z filiżanki. ;)
Racza 20 lipca 2012 20:03
@Bratkowski-piotr-
Hm... A coś więcej o samej technice można?
Napierdala płytą w gębę, czy kładzie gębę na płycie i skacze po łbie?
;)
Marlow 20 lipca 2012 21:55
@racza Nie widziałeś na blogu? Zagryza :P
No pewnie, że naświniłem, to tylko dzięki takim ja muszą zatrudniać 5 kelnerów więcej - za całkiem porządne pieniądze; Zaklętych rewirów nie widziałeś? (No, fakt, nie czytałem, nie da się ukryć...) Ale dobrze, że wspomniałeś, bo zapomniałem napisać: daj pracę kelnerowi, naświń i o napiwku nie zapomnij (najlepiej podwójnie, bo ja zapomniałem)!
Dariasiemion 20 lipca 2012 21:59
@Marlow
Miałam ładniejsze ciastko od Twojego. Żałuję, że mi telefon padł, bo zrobiłabym zdjęcie i wrzuciła, żeby Ci gul skoczył, że nawet w Wiedniu nie ma takich pięknych ciach, jak na moim zadupiu :)
Marlow 20 lipca 2012 22:05
@henrykspol Hmmm... Gdybyś komplementując wyemancypowaną damę w bloomerach powiedział "śliczne dymarki!" to poczułbyś jej parasolkę, że tak się wyrażę, w całej rozciągłości :D
Szukałeś pod "bloomery" ale ja to skrakowiakowałem. Musisz szukać pod "bloomers". Zresztą nie musisz, bo już wyjaśniam i pokazuję: bloomery to części stroju kobiecego projektowane po 1850 przez Amerykankę, Amelię Bloomer. Ona otwiera tymi projektami "modę emancypantek". Były tam np. takie bardzo luźne spodnie, z nogawkami wiązanymi w kostkach. Sam widzisz, powiesz "dymarki" i źle się to skończy :P
Te skandalizujące, ściagane w kolanach, bieliźniane spodenki do kankana w Folies Bergère to też oryginalnie bloomery, zaprojektowane do jazdy konnej, a później - O ZGROZO! - noszone przez cyklistki!
A w archiwum niech sobie, póki co, leży, nic mu nie będzie, a może mocy nabierze ;)
@dariasiemion Następnym razem - to jest dobry powód, żeby odstawić jogurt i jeszcze raz się przejść na ciastko ;)
Afapipi 20 lipca 2012 22:39
@Marlow
@henrykspol
Ależ do kankana tancerki nosiły pantalony! Podobnie jak prostytutki na codzień.( W tamtych czasach kobiety z towarzystwa nie nosiły bielizny.) Specjalnie oddelegowani kontrolerzy sprawdzali, czy tancerki mają pantalony i jakiej długości. Tymczasem cały witz polegał na tym, aby kankana tańczyć bez majtek, ale tak manewrować spódnicą, aby tego nie było widać. Panowie w pierwszych rzędach robili wówczas zakłady, której tancerce się to nie uda. :P
henrykspol 20 lipca 2012 22:42
@Marlow
Nie ośmieliłbym się. Tym bardziej, że jak widzę, strój jest jednak dość trudny do ubierania i... zdejmowania. ;) Na Amelię Bloomer nawet trafiłem, ale mi się nie skojarzyło. Twój tekst podoba mi się niezwykle, bo ni stąd ni zowąd dla mnie,praktycznie nieznany mi wcześniej, Gustav Klimt stał się kimś znanym. W Wiedniu nie byłem ale już mam pojęcie o Stephanplatz tudzież Café Central, gdzie duchy Klimta, Freuda, Lenina, Lema się plączą. Nie mogę sobie przypomnieć ni autora ni tytułu amerykańskiego opowiadania o parze przebywającej, po stracie dziecka, w Wenecji. Po przeczytaniu tegoż miałem podobne wrażenie: że poznałem Wenecję. Tak, moim zdaniem, nie działają żadne przewodniki, informatory, biografie itp.
henrykspol 20 lipca 2012 22:51
@Afapipi
Wygląda na to, że historia od strony bielizny, zwyczajów i obyczajów jest znacznie ciekawsza niż od strony wojen przeróżnych, a zwłaszcza od strony miłościwie (lub nie)panujących dworów, królów i polityków. Prawdopodobnie lepiej też opisuje rzeczywistość.
Marlow 20 lipca 2012 22:57
@henrykspol Mówisz i masz :D
Tytuł to "Don't look now" - "Nie oglądaj się teraz". To jest rzeczywiście świetne opowiadanie (właściwie, chyba powinniśmy mówić o noweli, nie jestem pewien?) Daphne du Maurier, które - rzecz dość wyjątkowa - miało równie dobrą wersję filmową Nicolasa Roega z Sutherlandem i Christie. Porównanie nieco na wyrost, ale przyjmuję z wrodzoną skromnością :)
@Afapipi Nie będę się spierał, tanecrki w Folies Bergère widziałem dobrze ponad wiek później. Te tancerki stroiły się wyłącznie w cudze piórka, a zakłady raczej nie miały sensu ;)
Dariasiemion 20 lipca 2012 23:02
@Marlow
Lubię czerpać od ludzi, powiedz mi- to prawda, że Cezanne i Wyspiański mieli jedną nałożnicę, która oboje (poprawiam- obydwóch) ;) zaraziła syfilisem? Gdzieś to czytałam (nie pamiętam gdzie), a w necie ciężko znaleźć informacje na ten temat.
Łe, ciacho, to raz na jakiś czas, żeby rutyną się nie stało, rutyna nie cieszy, a ciacho tak :)
Marlow 20 lipca 2012 23:04
@Marlow Oboje na pewno nie. Wiem z pewnego źródła :P
Dariasiemion 20 lipca 2012 23:05
@Marlow
Piszemy do siebie? :D Toż to gorzej niż u mnie :P
henrykspol 20 lipca 2012 23:07
@Marlow
Jest coś czego nie wiesz? Tak tylko pytam. :) Czytałem to opowiadanie na początku mojej nauki angielskiego. Było częścią grubej księgi z opowiadaniami kryminalnymi. Musiałem "czytać" ze słownikiem w ręku, a mimo to rzecz do mnie dotarła. Film oglądałem też.
Marlow 20 lipca 2012 23:10
@dariasiemion Touché! :D
Dariasiemion 20 lipca 2012 23:14
Teraz powiedz ile wypiłeś i dlaczego psy spożywają alkohol :D
Marlow 20 lipca 2012 23:38
@dariasiemion Naah to nie to... Jeszcze nie zacząłem :( Mam trochę pilnej roboty i komentuję z doskoku.
Bardzo pożywny jest taki alkohol. Poza tym dezynfekuje od środka :)
Dariasiemion 20 lipca 2012 23:42
@Marlow
Żebyś w ramach dezynfekcji nie wpadł na pomysł picia domestosu ;)
Czyli dzień jak co dzień (przynajmniej mój) :P
Marlow 20 lipca 2012 23:57
@dariasiemion Mógłby być ciekawy w koktajlach, ale zapach jest nie do zniesienia... Wystarczają mi klasyczne metody - w tym oczywiście Wściekły Pies :)
Dariasiemion 21 lipca 2012 00:04
@Marlow A fe- wściekły pies! Bardziej od tego napoju, nie lubię chyba tylko cziłał :P
Marlow 21 lipca 2012 00:11
@dariasiemion De gustibus... :) Chihuahua też fajny psiak, chociaż nie w moim stylu, ale wściekły pies na białym Krupniku, z domowym sokiem malinowym - rewelacja! (Ostatnio zamiast tabasco wrzucam Marie Sharp's Habanero -dostałem od znajomych, znacznie lepsze! ;) )
@dariasiemion 21 lipca 2012 00:13
@Marlow Po prostu trzeba być facetem, żeby wytrzymać do momentu, w którym spływa sok, a fe!
Marlow 21 lipca 2012 00:27
@dariasiemion :D
erwin wencel 21 lipca 2012 14:51
@Marlow
najadłem się słodko już przed ciastkiem - człowiek dobrze by z Ciebie żył posyłając Cię w świat i każąc opisywać wrażenia!
ale gdzie torcik Sachera ???? skandal !!! mam nadzieję że się doczekam !!!
Marlow 21 lipca 2012 15:15
@Polski--dom--publiczny Na specjalne życzenie Szanownego Czytelnictwa, prosto z Ringu, a konkretnie z hotelu Sacher:
PS.Tym razem nie zaglądałem do Sachera - zdjęcie z sieci ;)
Andrzej Jędrasik 22 lipca 2012 13:03
(@Andrzej-jedrasik)
@Marlow
Zazdroszczę Ci.Ja,póki co,to tylko jajko po wiedeńsku...
Afapipi 22 lipca 2012 13:15
(@Afapipi)
@Andrzej-jedasik
Dorzuć do tych jajek Wiener Wurstchien i gites ;)
Andrzej Jędrasik 22 lipca 2012 13:20
@Afapipi
Jutro.Jutro dorzucę wpis o lub z jajkami.Especially 4U! :)
Afapipi 22 lipca 2012 13:31
To wolę bardziej ""z niż "o". I thank You from mountain :P
El mohero 22 lipca 2012 22:41
@Marlow No właśnie jedna pani na rogu Kegelgasse i Löwengasse mi mówiła, że Wiednia nie ma bez Hundertwasserhaus'a i artysty samego rzecz jasna - z polska Stowoda. W następnej części dorzuć też koniecznie pałac cesarski z ogrodem i Muzeum Historii Naturalnej i Muzeum Historii Sztuki.
Marlow 22 lipca 2012 23:26
@elmohero Na Leopolda, wrzuciłbym, wrzuciłbym o wiele więcej, aleć w tytule jest "DZIEŃ" :D
Hudretwassera ciut będzie, ale tylko ciut ;)














No comments:
Post a Comment