... Newsweek, Portal Opinii - 24. 07. 2012 |
W poprzednim odcinku: Gustaw Klimt, wredny poganin i występny bohemiarz, nielegalny ojciec czternaściorga dzieci i uwodziciel szwagierek, w wolnych chwilach włóczący się nad brzegami jeziora Atter z okienkiem do podglądania, zyskał sobie nieuzasadnione powodzenie wśród wiedeńskich elit, które do dziś wystawiają jego zdeprawowane malunki na widok publiczny, budząc zgorszenie młodzieży i osób starszych. Miejsca, w których szczególnie niestosowne „dzieła” zostały wystawione, autor z przygniatającą ironią nazwał „hotspotami”, obiecując, ku przestrodze czytelnika, wyjawić ich lokacje w części drugiej, zapodtytułowanej: Seks, sznaps i secesja!
Raptem parę ulic na południe od Muzeum Leopolda mamy hotspot pierwszy, czyli wiedeński Pawilon Secesji.
Wiener Secessionsgebäude
Wiedeński Pawilon Secesji postawiony został w roku 1897 za pieniądze człowieka ze stali, Karla Wittgensteina, ojca znanego poszukiwacza prawdy, Ludwika. Wywalenie potwornie ciężkiej kasy na artystyczne fanaberie niekiedy wprawia potomków w filozoficzny nastrój, a filozoficzne podejście do rzeczywistości pomaga, bo gdy trzech braci Ludwiga popełniło samobójstwo, on sam fortuny się wyrzekł i, mimo wahań, jednak przeżył. Pieniądze szczęścia nie dają, ale nie daje go także ich brak.
[] Pawilon Secesji, Wiedeń. Fot. Wiki.
Na dzień dobry mamy standardowe wystawy sztuki współczesnej, ze ślicznym telewizorkiem na stoliczku w centrum ekspozycji, ale z tych musimy z ulgą zrezygnować, jako że wpadliśmy tu tylko na moment, by popatrzeć sobie na rozebrane panienki z Fryzu. Spotkała nas u secesjonistów miła niespodzianka, oto najwyraźniej jakiś sprawny stolarz wpadł na dobry pomysł i w Sali Beethovena zbudował solidną, wysoką platformę ze schodkami, dzięki której całą tę nagość, i dzikość, i nagość, i potęgę natury, …i nagość, możemy sobie obejrzeć z bliska i personalnie (ale uważajmy – lizać nie pozwalają, zacofane burżuje!).
[] Sala Beethovena. Fot.
W roku 1902 rozwydrzeni secesjoniści, zamiast wziąć się do uczciwej roboty, postanowili zorganizować tu swą XIV Wystawę, Gesamtkunstwerk, czyli Totalne Dzieło Sztuki. Wszelakie wytwory sztuki i rzemiosła miały być totalnie zsynchronizowane z dwoma centralnymi obiektami – rzeźbiarskim portretem Beethovena dłuta Maxa Klingera i namalowaną przez Klimta ogromną polichromią Fryzu Beethovena.
Klinger, jak mówią nasi ulubieni sprawozdawcy, wysoko rzucił poprzeczką, wystawiając pośród hoffmanowskich świątynnych dekoracji wielgachny posąg półnagiego, muskularnego Beethovena, siedzącego na masywnym tronie niczym germański ojciec bogów, po czym, na wszelki wypadek, uzupełnił kompozycję przycupniętym u stóp orłem, któremu kazał na wieki uchylać się z irytacją przed zamaszystym kopnięciem lewej nogi kompozytora.
[] Max Klinger przy posągu Beethovena. Fot. arch. ze zbiorów Musikviertel.
Niełatwo było Klimtowi wymyślić, jak by tu przebić brawurowe połączenie Wotana z orłem, ale przecież się udało. Starogermańskiej alegorii Klingera przeciwstawił własną. Pośród nagich postaci, rycerz w złotej zbroi, z obnażonym mieczem w dłoni, kroczy zatrzymanym w miejscu marszem egipskich faraonów, zmierzając ku rozbudowanej grupie centralnej. „Dobrze, ale co z orłem?”, słusznie zapytacie czytelnicy. Orła przebił Klimt raz, a dobrze, wstawiając w samym środku fryzu ogromnego, czarnego goryla z wystającymi kłami, wyłaniającego się ze splotów gigantycznego węża i otoczonego tłumem rozentuzjazmowanych nudystek, z których jedna albo jest w błogosławionym stanie, albo powinna czym prędzej wpaść na casting do Biggest Loser. (Czyli „Co masz do stracenia?” jak to brawurowo przetłumaczył tłumacz TV Plus, a że u nas ludzie tracić nie lubią, nawet kilogramów, więc program padł po jednym sezonie – i całe szczęście!) Beethovena we Fryzie próżno szukać, oczy łzawią od gapienia się na malowidło (Gustaw, że ci się chciało), wreszcie zaczynamy podejrzewać, iż skoro czytaliśmy, że rycerz ma być „uzbrojoną mocą”, to kompozytora musi przedstawiać widoczny w zamknięciu cyklu, odwrócony tyłem, nagi kulturysta, chwilowo zajęty obłapianiem smukłej i również nagiej niewiasty, do wtóru rzewnych pień ustawionego obok chóru ciotek. A nie, to też nie Beethoven, to metafora radości.

[] Fryz Beethovena, Rycerz. Za: Gravestmore
Nie wiadomo więc wprawdzie, gdzie jest Ludwig, za to antyczną boskość rzeźby Klingera uzupełniła i przytłoczyła ogromnych rozmiarów alegoria próżni, chaosu, płodności i dzikości natury, znajdującej swą kulminację w radości zespolonych kochanków (goryla uznaliśmy tu za wcielenie dzikości natury, ale jeśli ktoś uważa, że należy on do płodności, to oczywiście musimy się zgodzić i profilaktycznie zalecamy krótki odpoczynek na kozetce wiedeńskiego psychoanalityka).
Salim Kelman i Ivan Gaskell doszli do jedynego słusznego wniosku, iż Fryz Beethovena jest malarską interpretacją IX symfonii, a Klimt, mól książkowy, posłużył się w niej całą masą różnych pism, w tym wagnerowskim opisem Dziewiątej, tezami Schopenhauera, a zwłaszcza Narodzinami tragedii Nietzschego, dziełka, w którym nasz przyszywany rodak fantazjował sobie, jakby tu namalować muzykę.
Przenieś „Odę do radości” na płótno; pozwól swej wyobraźni stworzyć wielość porażoną potęgą, pochylającą się ku pyłowi – wtedy sięgniesz Dionizjów. Teraz niewolnik wolnym się staje; teraz padają sztywne, wrogie bariery, którymi konieczność, kaprys lub „rozzuchwalona konwencja” rozdzieliły ludzi. Teraz, w ewangelii powszechnej harmonii, każdy nie tylko czuje się połączonym, pogodzonym i zespolonym ze swym sąsiadem, ale staje się z nim jednością, jak gdyby zasłony māyā zostały rozerwane i co najwyżej mogą w strzępach powiewać przed tajemną, pierwotną jednością.
Poprzez pieśń i taniec człowiek wyraża siebie, jako członka wyższej społeczności; zapomniał jak chodzić, jak mówić, tańcząc wzlatuje w przestworza.
[] Fryz Beethovena, część centralna. Za: Gravestmore
[] Fryz Beethovena, Pocałunek.
Za: Gravestmore
Klimt, przez lenistwo, a może także z wrodzonej przekory, pozostawił we fryzie ogromne, puste przestrzenie, skutecznie konfudując krytyków i historyków sztuki, którzy do dzisiaj ich demonstracyjnie nie zauważają. Taki już problem z Klimtem. Cokolwiek by nie namalował, to i tak gołe panienki i goryl skupią na sobie uwagę koryfeuszy intelektu. Na ten przykład o pustce trudno się pisze, bo niby jak tworzyć interesującą teorię, skoro nic tam nie ma. Jakiś Zenek się tu wkrada, a tego byśmy nie chcieli.
Gdy pełni wrażeń i rozpaleni nagą sztuką opuszczamy Salę Beethovena, czeka nas jeszcze na pożegnanie tak potrzebny zimny prysznic. Oto elegancka broszurka wyłożona przy drzwiach Sali informuje nas, iż platforma to nie byle stolarka, ale wybitne dzieło sztuki samo w sobie, wykonane przez znanego artystę stołecznego Gerwalda Rockenschauba i zaopatrzone w nośny semantycznie tytuł Plattform. Wagę przeoczenia uświadamiają nam Franz Thalmair i Tina Lipsky:
Dwa dzieła, „Fryz Beethovena” Klimta i „Platforma” Rockenschauba, nawiązują dialog z równych pozycji (O jeżu! O jeżu!), bo choć funkcjonalna platforma ma swój specyficzny cel, to jednocześnie zaznacza swą niezależność obiektu artystycznego samego w sobie. „Plattform” stanowi charakterystyczny wyraz artystycznego idiomu Rockenschauba, zawierając w sobie komercyjne materiały budowlane, monochromatyczne powierzchnie i symboliczny minimalizm.
Uznanie równości Platformy Rockenschauba i Fryzu Beethovena może być nieco trudne do przełknięcia, ale spokojnie, tuż obok mamy Nachsmarkt, największy z wiedeńskich rynków, tam bez trudu spłuczemy abszmak kolejną filiżanką kawy.
Krótka przejażdżka na południe tramwajem nr 14 i wysiadamy przy hotspocie numer dwa, czyli pałacu belwederskim.
Belvedere
[] Godfrey Kneller, Eugen von Savoyen, 1712. Fot. Wiki.
Wiedeński Belweder, to tak naprawdę dwa pałace, Górny i Dolny Belweder, rozdzielone geometrycznym ogrodem w popularnym wśród zgniłej arystokracji typie (tfu!) francuskim. I nie dziwota, bo całość na początku wieku XVIII, jako letnią rezydencję, wystawił sobie książę Eugen von Savoyen.
Eugeniusz, urodzony we Francji jako François-Eugène de Savoie, był w młodości słabego zdrowia i niewielkiej postury. Rodzina uznała po krótkich deliberacjach, że Mały Książę najlepiej zrobi zostając małym księdzem. Studia teologiczne nie wzbudziły jednak entuzjazmu potomka rodu de Savoie, który osiągnąwszy lat 19 postanowił zostać królewskim oficerem. Oferta wojowniczego chuchraka wzbudziła tylko złośliwą uciechę króla Ludwika XIV, który o mało nie udławił się ze śmiechu żabim udkiem, a dwór długo jeszcze bawił się wraz z monarchą. Wyśmiany w Paryżu, Eugeniusz postanowił zostawić to miasto, masy i maszyny i udał się do Wiednia, wybierając miasto, masy i maszyny posługujące się językiem niemieckim – o czym książę początkowo nie musiał wiedzieć, a potem było już za późno na zmianę decyzji. Został więc oficerem wojsk austriackich w służbie Jego Cesarskiej Wysokości Leopolda I, by wkrótce dać się poznać jako jeden z najbardziej utalentowanych dowódców swoich czasów. Długą listę jego militarnych przewag otwiera wspomniana wcześniej bitwa pod Zentą w roku 1697, w której dowodzone przezeń siły austriackie pokonały dwukrotnie liczniejszą armię imperium osmańskiego. Historia pełna jest zabawnych zbiegów okoliczności, lecz Ludwikowi XIV jakoś nie było do śmiechu kiedy młody François, już jako Eugen von Savoyen, wraz z zaprzyjaźnionym diukiem Marlborough, rozbijali wojska francuskie najpierw pod Blenheim, potem Oudenarde, a wreszcie pod Malplaquet. Do trzech razy sztuka. Nam książę teoretycznie mógłby być znany z wojny o sukcesję polską, 1733–1738, że jednak największe bitwy tej wojny toczyły się poza granicami Polski, pamiętać o tym nie musimy (jedna, całkiem spora, była wprawdzie na Westerplatte, ale pod nieobecność mjra Sucharskiego, więc się nie liczy).
[] Górny Belweder, Wiedeń.
Klimt nie był bynajmniej pierwszym, który wtedy takie rzeczy tworzył. Wcześniej, w roku 1889, w marmurowej rzeźbie Rodina (miał być brąz, ale za drogo wyszło), namiętny, cudzołożny pocałunek na ustach Francesci di Rimini usiłował złożyć jej szwagier, Paolo. Moralność wszak zatriumfowała i występni kochankowie, nim usta ich się zetknęły, odesłani zostali do dantejskiego piekła, by kończyć swój grzeszny czyn w jakże stosownym piekła tegoż kręgu.
[] Rodin, Pocałunek (Francesca di Rimini).
Fot. Wiki.
I nie jest prawdą heretycka plotka, jakoby cenzura Świętego Oficjum wycięła z dzieła Dantego słowa, które Paolo miał wypowiedzieć po tym, gdy...
…zetknęły się ich rozpalone usta w namiętnym pocałunku, a jego dłoń, spoczywająca w zagłębieniu pleców Franciszki, powolną pieszczotą spłynęła poniżej by…
… wreszcie zgasił papierosa i po raz pierwszy zobaczywszy gdzie właściwie się znajdują, wykrzyknął: ach, FCUK, warto było!
Niebezpieczeństwa całowania dostrzegł także Munch i jego Pocałunek z 1897 roku trudno nazwać inaczej, niż wampiryczno-psychopatycznym. Że wampiryczny to poznamy po bladości lic. Że zaś psychopatyczny, to oczywiste, bo to Norweg był przecież ten Munch, a w Norwegii zimy długie, ludzie się nudzą, żeby zobaczyć co sąsiadka ugotowała lornetkę trzeba wyciągać i tak się te psychozy rodzą przez brak więzi międzyludzkich. Nie dziwota więc, iż na obrazach Muncha, jak już Norweg sąsiadkę odwiedzi, psy nakarmi, narty zdejmie i do ust się przypije, to mało sobie twarzy oboje nie wyssają.
[] Munch, Pocałunek. Fot. Edvard Munch Gallery.
Rodinowi i Munchowi dwuznaczność pocałunków nie pomogła; co bardziej moralni krytycy natychmiast dostrzegli podejrzaną heroizację rodinowskich cudzołożników i niebezpieczną jedność całuśników z munchowego uścisku, wyjątkowo zgodnie uznając oba dzieła za zwykłe świństwa.
W przeciwieństwie do obu poprzedników Klimt nawet nie próbuje ukrywać swego uznania dla cielesnych żądz. Jest więc Das Kuss dziełem o najbardziej bezpośredniej seksualności, ze swym wykorzystaniem symbolicznego, naładowanego erotyzmem ornamentu. Zamkniętą, „żeńską” przestrzeń penetrują postacie obejmujących się kochanków, których połączona forma tworzy sugestię powiększonego fallusa, o czym nas życzliwie informują Jane Rogoyska i Patrick Bade w swej monografii Gustav Klimt z roku 2011.
[] Klimt, Das Kuss. Fot. Wiki.
Lubię czytać Bade’a, ale mój wredny charakter czasem nie pozwala się się z nim zgodzić. We wcześniejszej wersji tej monografii, solowej jeszcze i zapewne dlatego niespenetrowanej, napisał on, że choć Klimt w swych obrazach wyraża adorację kobiecego ciała, to zdarzające się w nich najbliższe nawet spotkania mężczyzny i kobiety pozostawiają oboje w osobnych, rozdzielonych światach. W Pocałunku, jak pisze, nie widać nawet twarzy mężczyzny, a kobieta odwraca się od niego pozwalając tylko ucałować swój policzek. Patryk wyjaśnia dalej, że generalnie chodzi mu o to, iż chłop baby nie zrozumie. Jane kontruje stwierdzeniem, że jeśli nie rozumie, to dlatego, że chłopom zawsze tylko o jedno chodzi.
Szanowni badacze, oboje zapewne macie rację, ale to Wam powiem, a nawet napiszę: wyjdźcie z biblioteki i zacznijcie intensywne studia terenowe, a kto wie, być może uznacie, iż dla Klimta taka właśnie forma może oznaczać bliskość obojga tak poufałą i niezagrożoną, że nie muszą już ustawicznie patrzeć sobie w oczęta i dzielić się każdym kęsem Apfelstrudla (taka wiedeńska szarlotka), żeby się upewnić o wzajemnym zainteresowaniu; zwłaszcza że postacie z Pocałunku to najprawdopodobniej Klimt i Emilia Flöge.
Tłumaczy nam na szczęście pani doktor Clare A. P. Willsdon, skądinąd Szkotka, iż to wszystko nie tak, i że chyba mamy jakąś obsesję, bo Klimt z pozoru tylko rozpustnik i ladaco, gdy tak naprawdę jest w nim głęboka, choć nieco pokrętna, religijność. W tym też sensie kwiecista łączka na kocyku-szacie wskazuje dobitnie, że Das Kuss nie jest niczym innym, jeno metaforą zaślubin z Pieśni nad pieśniami. Trudno wszak nie zauważyć, dodaje dr Klara, że w takim ujęciu sam artysta ma być nowym zbawcą ludności, i jemu to pobożność ma się przynależeć. Apage!
Ilu interpretatorów, tyle interpretacji. Mesjański czy pogański, ukończony w 1908 Pocałunek zyskał w Wiedniu ogromne uznanie i natychmiast zakupiony został przez państwo, by spocząć w utworzonej podówczas w Belwederze Galerii Nowoczesnej. Fakt ten wiele mówi nam o charakterze Austriaków, a także piszącego te słowa, który niby dzień w Wiedniu od katedry zaczyna, po to tylko, by pod wieczór z upodobaniem bezeceństwa różne oglądać.
Beethovenhaus
Wieczór się zrobił, jako żywo, i muzea, na całe szczęście, zamykają. Oglądanie pobudza apetyt i oczywiście mógłbym wmawiać czytelnikom, jak to niby długo szukamy knajpy pasującej do Klimta, by wreszcie nawiązać do beethovenowskiego fryzu z Pawilonu Secesji, ale w rzeczywistości zwyczajnie umówiłem się ze znajomymi z Wiedeńskiego Muzeum Historycznego w Domu Beethovena, niewielkiej, acz bardzo przyjemnej gospodzie na północnych przedmieściach stolicy, gdzie w obręb miasta nieśmiało wkraczają winnice.
[] Mayer am Pfarrplatz, Beethovenhaus.
Winnicami dają wiedeńczycy prztyczka w nos paryżanom (za te „dzikie kraje”), bo gdy w Paryżu została już tylko jedna, samotna winniczka na stoku Montmartre, to w północnym Wiedniu winnic trochę jest, a ich białe wina cieszą się zasłużonym uznaniem. Co też potwierdza świetny Nussberg z winnicy Mayer am Pfarrplatz, na gruntach której stoi Beethovenhaus. Jest już lato, siedzimy więc w ogródku i spokojnie palimy, bo w Wiedniu antynikotynowych nazistów nie ma, pojechali okupować dawną Generalną Gubernię, tu knajpki mają wyznaczone do palenia części. Palimy więc, miejscowym zwyczajem pijemy Nussberg zmieszany z lekko musującą wodą mineralną, i spoglądamy na XIV-wieczny, kamienny portal wewnętrznego dziedzińca, który to dziedziniec przemierzał niegdyś Ludwig van Beethoven, wychodząc do ogrodu na fajkę.
[] Mayer am Pfarrplatz,
Beethovenhaus, ogród.
Na piętrze pokażą nam nawet jego dawny pokój, trzeba wszak pamiętać, iż w okolicy są jeszcze dwa budynki, których właściciele też pokazują dawne pokoje Beethovena. Albo więc Ludwikowi od nadmiaru białego wina myliły się adresy, wchodził do pierwszego z brzegu domu i walił się gospodarzom do wyrka, albo coś tu nie gra.
Nieważne, my jesteśmy oczywiście w jedynym prawdziwym Beethovenhaus. Miło byłoby opisać kulinarne rozkosze tego miejsca, jednak brutalna prawda jest taka, że idąc dalej za lokalnym obyczajem i radą znajomych zdecydowaliśmy się na Wiener Schmankerl, typowe austriackie przegryzki do wina, które w dowolnej ilości można sobie zamówić w bufecie, a które były, niestety, beznadziejne. Raz, że większość znamy w lepszej wersji jako typową, polską zagrychę do pół litra (łącznie z kaszanką, królową wędlin), dwa, że jakiś psychopata postanowił, iż w Beethovenhaus będą te przegryzki przygotowywać wcześniej, by je przed podaniem odgrzać w – Ludwiku, Ty widzisz i nie grzmisz? – mikrofalówce… Miejscowi jedzą więc świetne sznycle à la carte i cieszą się udanym dowcipem, a my, biedni, wcinamy tłustą, letnią kaszanę z tłustą, rozmiękłą sałatką ziemniaczaną i twardawym plastrem tłustej, gotowanej wołowiny. Nic to, robimy dobrą minę do złej gry, pamiętając, że w przeciwieństwie do kaszanki, zemsta najlepiej smakuje na zimno.
Wino mają jednak naprawdę dobre i ogródek bardzo przyjemny, zaś obiad, cóż, zasuniemy te rozerwane wcześniej przez Fryderyka zasłony, co to je pani Maja wywiesiła…
Kunsthaus
Jakąś tę mikrofalową kaszanę trzeba strawić i do Gustawa, tudzież do centrum, na koniec wrócić. Warto więc przejść się jeszcze nad brzegiem Donaukanal i usiąść nad ostatnią, wieczorną kawą z widokiem na Kunsthaus. Krótka przejażdżka U-bahnem, po sentymentalnej przechadzce nad dunajskim kanałem wchodzimy w nadbrzeżne uliczki centrum, mimo zmęczenia jeszcze nie dajemy się skusić kawiarnianym stolikom, podążamy Weissgerberstrasse, i oto stajemy u celu, przed kolorowym, mozaikowym, łaciatym i inspirowanym twórczością Klimta Domem Sztuki, wzniesionym wg projektu Hundertwassera. Tzn. w zasadzie najpierw go mijamy i musimy ciut wrócić, gdyż go po ciemku nie zauważyliśmy.
[] Kunsthaus, Wiedeń, dzień i noc...
Rozklimtowany Hundertwasser nadział się na skąpstwo późnych wnuków artysty, ale za to rezultaty podjętych przez Klimta dogłębnych studiów płci pięknej (khe, khe,) doprowadziły krytyka, Richarda Mutera, do stwierdzenia, iż Klimt odkrył, czy może wynalazł, nową Kobietę Wiedeńską, wnuczkę Judyty i Salome (nieodżałowany Jan Ciszewski lepiej by to ujął), cudownie drapieżną, uroczo grzeszną i fascynująco zdeprawowaną. Czy się komuś nowa kobieta wiedeńska, obrazki Klimta i mój tekst podobają to już jego sprawa. „Nagą Prawdę” Klimta wieńczy przecież cytat z Schillera: Jeśli nie możesz wielu zadowolić swoją sztuką i swymi uczynkami, spróbuj zadowolić kilku. Zadowalać wielu jest rzeczą złą.
[] Gustav Klimt, Nuda Veritas 1899. Za: Österreichische
I tu się kończy opis naszego wiedeńskiego Gemütlichkeit. Wprawdzie później pojechaliśmy na Prater, przez co ledwo tylko zdążyliśmy na pociąg następnego ranka, ale to już zupełnie inna historia.
Bis später!
[] Moritz Nähr, Gustav Klimt eine seiner Katzen im Arm haltend vor seinem Atelier;
Gustaw Klimt ze swym kotem, przed atelier, ok. 1912
Fot. Imagno/Austrian Archives
_____________________________________
KOMENTARZE
_____________________________________
_____________________________________
KOMENTARZE
_____________________________________
Erwin wencel 24 lipca 2012 13:30
@Marlow
dzisiaj na całuśnie, też mniam,mniam :)
Afapipi 24 lipca 2012 13:56
(@Afapipi)
Rzeczywiście koncentrowałeś się a Gustawie.:) W takim razie dodam, że sznycle wiedeńskie z młodym winem są równie pyszne jak pieczona golonka na Praterze z piwkiem. Ja wybieram sznycle cielęce czyli Kalbschnitzel. Zwykle są cieniutkie, z chrupiącą panierką. Olbrzymie. I wspaniale smakują pokropone cytrynowym sokiem. Zamiast przegryzek proponuję spróbować następnym razem wiedeńskich kluseczek z orzechami. Takie spaetzle są wyborne i nie da się ich odgrzać w mikrofali co jest ich wielką zaletą.
Jeśli chodzi o twórczość Stowassera to byłam pewna, że inspiracją był dla nie go Gaudi.Ale tak twierdzą pewnie ci kórzy nie przepadają za Klimtem :D
Andrzej Jędrasik 24 lipca 2012 14:08
@Afapipi
Nowa dieta , z mniejszą dawką cholesterolu? :)
Afapipi 24 lipca 2012 14:18
@Andrzej-jedrasik
Jaka tam mniejsza dawka! To są bomby cholesterolowe. Dlatego trzeba je neutralizować na bieżąco winem. Gespritz z Jungen Wieners. To jest to!:P
Marlow 24 lipca 2012 14:21
@Polski--dom--publiczny Nie ma to jak wielkopolska kaszanka – w rozsądnych ilościach! :)
@Afapipi Dzień z Gustawem to był, i kropka ;)
Wiesz, z Hundretwasserem jedno naprawdę nie wyklucza drugiego. Z Gaudiego na pewno wziął niektóre pomysły na „rozpływające się” czy „lepione” ściany budynków – Leśna Spirala w Dortmundzie na pewno wiele Gaudiemu zawdzięcza. Z kolorem sprawa chyba trochę innaczej wygląda. Gaudi lubi takie nowe, kolorowe wersje majoliki i mauretańskiej, czy hellenistycznej mozaiki. U Wódeckiego :D struktura dekoracji jest inna - to wyraźnie Klimt, a gdzieś pod spodem – Bizancjum.
Andrzej Jędrasik 24 lipca 2012 14:22
@Afapipi
Ale jajka odstawiłaś...
Marlow 24 lipca 2012 14:24
@Andrzej-jedrasik W Wiedniu wiedzą jak jeść (poza tą mikrofalówką, oczywiście). Bez przyzwoitej dawki cholesterolu, nie ma o czym rozmawiać :D
Afapipi 24 lipca 2012 14:30
@Andrzej-jedrasik
Jakie odstawiałaś ? Przecież sznycle robi się z jajkami podobnie jak kluseczki. Kluseczki potem można polać roztopionym sklarowanym masłem posypać miałkim cukrem. Masz pojęcie ile to kalorii? :)
Marlow 24 lipca 2012 14:41
@Afapipi @Andrzej-jedrasik Tak nieco poważniej, to w sumie nie jest aż taki problem. Wiedeńczycy i Salzburczycy wcinają te kluchy, strudle, sznycle, co by jeszcze, ale tak super otyli to jednak nie są. W sumie większość Austriaków jest, na oko, w całkiem dobrej formie. Monachijscy Bawarczycy, przy zbliżonej diecie, są już mocniej zaokrągleni i dumnie prezentują bardziej barokowe formy ;)
Wychodzi na to, że to kwestia piwa...
Afapipi 24 lipca 2012 14:53
@Marlow
W moim odczuciu mozaiki Stowassera bliższe są Gaudiemu niż mozaikom bizantyjskim, czy wczesnochrześcijańskim. Porównaj "Smoka" z Barcelony i inne detale u Gaudiego
http://mosaic.com.pl/mozaika-historia-gaudi.htm
Z detalami architektonicznymi u Stowassera. To podobna stylistyka i kolorystyka.
http://mosaicartsource.wordpress.com/2006/12/11/hundertwasser-mosaic-details-markthalle-altenrhein-switzerland/
Afapipi 24 lipca 2012 15:02
Niech będzie krakowskim targiem:- u Gaudiego więcej wpływów mauretańskich w kompozycjach u Stowassera kompozycje zbliżone do tych klimtowskich :)
Marlow 24 lipca 2012 15:05
@Afapip Się nie będę wykłócał, w sumie to nie jest jednak mój ogródek, Gaudi na pewno też tam jest, ale pozostanę przy swoim, bo nie bez powodu powiesił sobie Hundertwasser w domu specjalnie wykonaną kopię pocałunku... ;)
PS. Widzę właśnie, że znowu zapisałem HundREtwasser, choroba, przedwczesna skleroza, czy co :(
Andrzej Jędrasik 24 lipca 2012 15:12
@Marlow
"Kwestia piwa."To bardzo dobra kwestia! :)
Marlow 24 lipca 2012 15:14
@Andrzej-jedrasik W istocie! Wymaga długotrwałych, dogłębnych badań ;)
Afapipi 24 lipca 2012 15:17
@Marlow
Nie choroba, ale masz ciągle psa za uszami :)
Marlow 24 lipca 2012 15:19
@Afapipi Tak Ci już moja natura ;)
Jendras - Obywatel 24 lipca 2012 16:01
@Marlow
Z pewnością zrobiłeś to ze względów edukacyjno-obyczajowych, ale muszę pryncypialnie zareagować na przekręcenie tłumaczenia podpisu pod ostatnią fotą: w niemieckim oryginale jest ewidentnie napisane, że Klimt jest na kacu. Co zresztą nieuzbrojonym okiem po nim widać. ;)
Marlow 24 lipca 2012 18:41
@jendras Prawda, ale względy obyczajowe raz, dwa, że się nie chciałem znęcać, :D
henrykspol 25 lipca 2012 16:22
@Marlow
Zawsze podziwiałem ludzi potrafiących przebrnąć kunsztownie bezsensowne analizy dzieł wszelakich, czynione przez różnych, zwykle wybitnych krytyków i innych. Na przykład z całą pewnością Twój wiedeński malarz Klimt, kochanek wielu kochanek, ojciec czternaściorga dzieci, przesiadywał pilnie wśród szpargałów, by dziełom swoim nadać filozoficzną moc. Choć brawurowa teoria szkockiej pani doktor, zrobiła na mnie pewne wrażenie. Nawiasem: nie tylko badaczom dzieł Klimta przydałyby się studia terenowe. Co do pustych przestrzeni we fryzie: one najwyraźniej czekają na swojego odkrywcę. Wybitny artysta nie może bowiem ot tak, zostawić pustej płaszczyzny a nawet płaszczyzn. Optowałbym za wizerunkiem globalizacji, wyrażanym przez owe płaszczyzny. Klimt rzutował w ten sposób przyszłość w segmentyzowaną przestrzeń zajść (za Lemem napisałem). Wiedeńczycy mają jednak coś do zrobienia w kwestii obycia i dobrego smaku. Kto bowiem podaje wino do kaszanki? :) Brakuje mi w Twoim wpisie choćby śladów np. prawdziwych austriackich patriotów, osobliwie kupy, a choćby kupki gruzu pozostałej po jakimś powstaniu lub buncie. Taki Eugen von Savoyen, obcy rasowo odszczepieniec zresztą, budował pałace i nie trzeba było ich odbudowywać? :(
Poza tym świetny wpis, moim zdaniem. Tyle rzeczy opisujesz i sygnalizujesz w jednym krótkim tekście. Niektórzy wybitni badacze czy publicyści księgę parusetstronicową musieliby popełnić.
Afapipi 25 lipca 2012 16:33
@henrykspol
A mnie zabrakło u Marlowa Johanna Straussa co nadrobiam.:)
henrykspol 25 lipca 2012 16:53
@Afapipi
Czy Ty aby nie ciągniesz dyskusji w niewłaściwą stronę? na wszelki wypadek poczekam na opinie Marlowa... :) :)
Marlow 25 lipca 2012 17:11
@henrykspol Z globalizacją to nie jest zła koncepcja. Myślałem też o tym, że może chodzić o wizję Brukseli ;)
@Afapipi Ech... nie zabrakło... zwyczajnie, nie lubię żadnego z rodziny Straussów :(
Ale mimo to dziękuję, to że ja nie lubię, nie znaczy, że ludzie nie lubią ;)
Afapipi 25 lipca 2012 17:29
@Marlow
Ale Klimt pewnie bywał w Wiener Staatsoper i słuchał An der schönen blauen Donau. :P
Marlow 25 lipca 2012 17:37
@Afapipi Całkiem możliwe, choć szczerze mówiąc nie mam pojęcia. Faktem jest, że - z drugiej strony - Ryszard Strauss cenił malarstwo Klimta. Powiedział kiedyś: w świecie tego malarza fantazji, odnajduję wiele z mojej własnej muzyki
Coś jest na rzeczy ;)
Afapipi 25 lipca 2012 17:40
Dla równowagi w sierpniu napiszę coś o Pradze i Alfonsie :)
El mohero 25 lipca 2012 21:13
@Marlow Yes! To więcej niż sam widziałem.
Marlow 25 lipca 2012 22:12
@Afapipi Trzymam za słowo. ;)
@elmohero Ein herzliches Dankeschön! :D















No comments:
Post a Comment