... Newsweek, Portal Opinii - 4. 08. 2012 |
To nie jest jakaś hucpa. To jest poważne pytanie, drodzy czytelnicy, dlaczego upadł Paryż? Zastanówcie się, to nie jest aż tak trudne?
No nie. Nikt nie ma pojęcia? Zero! Zero absolutne, a nawet z minusem!
Paryż oczywiście upadł z jednego tylko powodu, mianowicie z powodu słabości okupujących go wojsk niemieckich. Paryż, proszę czytelnictwa, za Niemca prosperował, cieszył się pokojem i kwitła jego kultura. Nic więc dziwnego, że, jak nam słusznie przypomina Pryce-Jones, L’Illustration opisywał niemieckich żołnierzy jako przystojnych chłopców, porządnych, chętnych do pomocy i zachowujących się całkowicie poprawnie (Paris in the Third Reich, 1981). Hitler kazał nawet ograniczyć pompatyczną paradę zwycięstwa, by nie urazić uczuć sfrancuziałych mieszkańców. Większość szkół, kawiarni, linii tramwajowych i gazet funkcjonowała prawie normalnie. Prawda, kilka gazet i szkół zamknięto, ale nie przesadzajmy, i tak było ich dużo. Prawda, był Kurt Lischka i jego ekipa mniej poprawnych chłopców, ale przecież prześladowania Żydów musiałyby się w końcu skończyć (w najgorszym wypadku wraz z ostatnim Żydem). Prawda, płacono Niemcom reparacje wojenne, ale przecież te pociski czołgowe naprawdę sporo kosztują, a poza tym gdyby wreszcie je spłacono, to już by ich nie płacono, n’est–ce pas? Kultura kwitła. Coco projektowała, Jean-Paul pisał (no dobrze, w podziemnej grupie Socialisme et Liberté, ale przecież pisał!), Yves śpiewał, Maurice grał (lub odwrotnie), a Pablo malował (Pablo! Malował! Znany komunista!). Czy nie można nazwać tych lat bogatym i pięknym okresem, prawie pozbawionym wojny i przemocy? Przejściowe trudności wkrótce miały się skończyć i już się Paryż szykował na milenium kulturalnej i ekonomicznej pomyślności, gdy prysł sen piękny, niczym mydlana bańka… Niemcy okazali słabość i Paryż, 25 sierpnia 1944 roku, upadł. W całym kraju nastąpiły rządy terroru; życie straciło niemal 105 000 ludzi oskarżonych, niekiedy bezpodstawnie, niekiedy fałszywie, o kolaborację.
[] Stylizowana na triumf rzymski, niemiecka
parada zwycięstwa w Paryżu.
Fot.: Historyimages
Jedna tylko była przyczyna upadku Paryża, i nie byli nią Paryżanie, francuzujący niemieckich zdobywców. Przyczyną upadku Paryża była słabość niemieckich kolonizatorów. Tut Buße!
* * *
Absurd, oczywiście. Ale jak dyskutować z taką tezą? Można próbować zakwestionować pozorność uzasadnienia. Liczby mają to do siebie, że można nimi manipulować. Zapewniam, że w notce powyżej wszystkie fakty są prawdziwe, łącznie z szacunkową liczbą straconych w ostatnich miesiącach wojny – liczbą nie tak bardzo różną od liczby wcześniejszych ofiar niemieckich zbrodni wojennych we Francji. Francja nie miała się w czasie wojny aż tak źle. Z Polską nie da się porównać. To wszystko prawda. Czy to jednak naprawdę znaczy, że skoro spoglądamy na historię z punktu widzenia kultury i ekonomii, to okazuje się, że przyczyną upadku Paryża była słabość niemieckich kolonizatorów? Nie. Oczywiście, że nie. Ale trudno będzie wykazać nonsensowność takiej tezy, przedstawionej w krótkim wpisie i popartej np. całkowicie prawdziwą informacją o rozkwicie kabaretu.To jak nieszczęsne teatry w tamtej dyskusji. Można tłumaczyć, że to wcześniej, że to nie tylko inna epoka, ale w zasadzie dwie różne „inne epoki”. Usłyszymy, że próbujemy skierować dyskusję na boczny tor mówiąc o epokach, które nie są tematem wywodu (piękne, naprawdę piękne, bez ironii to mówię, no, może z bardzo małą).
Charakter wpisu na blogu sprawia, że nie da się w nim ująć zbyt wiele. Trzeba się streszczać, i bardzo dobrze. Idea jest taka, że jeśli kogoś temat zainteresuje, może sobie doczytać. Tu wszak pojawia się problem. Żeby doczytać, musimy wiedzieć gdzie. Blog to nie artykuł naukowy i zazwyczaj nie zadajemy sobie trudu podawania źródeł. Co zrobić, trzeba zachować równowagę między formą, a treścią, źródła zazwyczaj wyschną i nie ma o czym mówić. Nie zawsze, na szczęście, ale zazwyczaj. Problem z brakiem źródeł jest też taki, że nie wiadomo na jakiej podstawie autor tworzy swoje teorie. Jest za tym jakaś praca, czy to po prostu Wielka Improwizacja? Czy podstawą są rzetelne opracowania, czy polska Wiki, uzupełniona Encyklopedią PWN? Encyklopedia PWN do sprawdzenia faktów posłuży nam lepiej niż Wiki, ale w przypisach publikacji akademickich szukać jej trudno, a jak ktoś wstawi, to się wykształciuchy śmieją. Nie wiadomo, czemu się śmieją, bo przecież, wraz z równie ważnym Słownikiem Wyrazów Obcych, w charakterze podręcznika całkiem dobrze służyła Nikodemowi Dyzmie.
Wyjaśnienia psują dowcip, albo więc ktoś ten konkretny żart Dołęgi-Mostowicza rozumie, albo nie. Jeśli nie, mówi się trudno, zawsze można sięgnąć do Wiki.
Trudno dziś zorientować się czytelnikom o co, u licha ciężkiego, chodzi w wymianie wpisów i komentarzy między mną a panem Orzechowskim.
Czytając ostatni, godny Ajschinesa, dźwięczny i gniewu pełen, popis retoryczny pana Orzechowskiego, zakłopocze się czytelnik i żachnie. O co tu chodzi? Marlow, przebrany za puchatkowego Tygryska, wraz z Antonim Macierewiczem wybuczał Andrzeja Orzechowskiego na Przystanku Woodstock? Co za dranie! A Owsiak nie zareagował, bo pojechał do Grecji wczasować z upadającym banksterem? Skandal, proszę publiczności…
Na szczęście chyba nie o to chodzi. Rzeczywiście, sporą część wpisu pana Orzechowskiego zajmują personalne aluzje, zamknięte w niepokojącym kręgu zoologicznych skojarzeń. Tych, skierowanych do mnie, komentował nie będę. Z uporem jednak powtarza pan Orzechowski, jakobym mylił go z wielbłądem. Na wszelki wypadek wyjaśnię publicznie:
Panie Andrzeju! Nigdy nie przyszłoby mi do głowy poniżać Pana porównaniem do wielbłąda!
Pomijając inne względy, ja akurat lubię wielbłądy. Bardzo pożyteczne zwierzęta i zaskakująco wręcz inteligentne (najwybitniejsi matematycy we wszechświecie). Poza tym z Marco Polo i ze szlakiem jedwabnym mi się kojarzą.
[] Wielbłąd baktryjski. Fot: Camel Pictures and Facts
Mam nadzieję, że uspokoiłem pana Orzechowskiego, to mamy z głowy, spróbujmy więc wyjaśnić o co właściwie chodzi.
Twierdzi pan Orzechowski, iż okres IV do I wieku przed naszą erą był w starożytnej Grecji czasem pięknym, bogatym kulturowo i niemal pozbawionym wojen i przemocy. Ponieważ nie było już nacisku na rywalizację, więc podupadły igrzyska olimpijskie. W trakcie naszej wymiany komentarzy (TUTAJ, jeśli komuś naprawdę się chce), pan Orzechowski wyjaśnił, że nie chodzi mu o cały czwarty wiek, ale wyłącznie o epokę hellenistyczną. Ponieważ jego datowanie upadku Grecji nijak w epoce hellenistycznej się nie mieści, już w komentarzach wyjaśnił mi pan Orzechowski, że miasta ateńskie najlepszą formułę swego rozwoju uzyskały jako część prowincji Rzymu, i dzięki temu dopiero wówczas, pod okupacją rzymską, w pełni rozkwitła sztuka i kultura grecka – właśnie dzięki czasom dobrobytu, pokoju i braku przemocy. Koniec temu szczęśliwemu stanowi położyła inwazja barbarzyńców. Powtórzył wreszcie pan Orzechowski swoją tezę, iż (cytuję)
Starożytne polis upadały nie ze względu na świetne rozwiązania społeczne (o czym świadczy ich dorobek naukowy, społeczny i kulturalny), ale z powodu słabości potęgi kolonialnej, jaką był Starożytny Rzym.
Sic transit gloria mundi. Ateny upadły z powodu słabości Rzymu. Paryż upadł z powodu słabości Niemiec.
Dziwne jest w tych tezach materii pomieszanie. Jestem jak najdalszy od kwestionowania osiągnięć sztuki i dramatu okresu hellenistycznego. Dodałbym – także nauki. Powstały wybitne dzieła i koncepcje, było wielu znakomitych twórców. Prawdą jest też, że w późniejszym, okresie, miasta greckie funkcjonowały w ramach rzymskiej prowincji na dobrym poziomie ekonomicznym.
Z drugiej strony uznanie okresu hellenistycznego za „niemal pozbawiony wojen i przemocy” to oczywiście zwykła bzdura. To miło, że w swoim ostatnim tekście pan Orzechowski był uprzejmy przyznać, iż jakieś wojny może jednak były. Niezupełnie rozumiem konieczność negowania ich znaczenia. Tu muszę wyznać straszną prawdę: PANIE ANDRZEJU, ZROBIŁEM PANU BRZYDKI KAWAŁ, NIE WYMIENIŁEM WSZYSTKICH WOJEN…
(Cały czas mówię oczywiście o Grecji właściwej i o Jonii).
Mówiąc poważnie, nie chodziło o kawał. Zwyczajnie, nie sądziłem, że wszystkie wymieniać muszę. Podobnie jak nie wymieniłem wszystkich dat. Próbowałem już wyjaśniać, że 197 nie jest ani pierwszą datą, ani ostatnią. Chronologia okresu hellenistycznego to ponad dwa i pół wieku walki, z krótkimi przerwami na wino, igrzyska i śpiew. (Kobiety? Jakie kobiety? Mówimy o starożytnych Grekach.) Nic na to nie poradzę… I nie mówię tu o rozmaitych konfliktach w państwach hellenistycznych Azji Mniejszej i Egiptu, tylko konkretnie o tych, w których brały udział greckie polis. Tak się składa, że ostatnia z lokalnych, oczywiście niewielkich i pozbawionych znaczenia wojen okresu hellenistycznego trwała – w samym sercu Grecji – od roku 48 do 31 p.n.e. Pan Andrzej wie przecież doskonale, co to była za wojna, gdzie miała miejsce, i kto w niej walczył. Wie też, jaka była w tej wojnie pozycja Aten, i jakie były tego konsekwencje. Panu Andrzejowi wyjaśniać więc nie muszę, zainteresowanym czytelnikom wyjaśnię na privach.
Przestali się więc nakłuwać i obtłukiwać w 31 p.n.e. To znaczy średnio przestali, bo Ateńczycy, wraz z kilkoma innymi miastami, by uczcić koniec hellenizmu, ochoczo ruszyli w szeregi wojsk Marka Antoniusza (to już, faktycznie, poza Grecją). Błąd. Gruby błąd. Zaraz samobójczo wykaszlę: 250 lat (agrrrrr…). Ale jakie 250? Bitwa pod Akcjum to jest przecież, a w następnym roku pan Orzechowski, „zgodnie z polską historiografią” kończy okres hellenistyczny. Już się poprawiam 323 – 30 = 293. Wróć! Za dużo! Nie będziemy przeginać, przerwy na wino, igrzyska i śpiew trochę jednak zajmowały, nawet, jeśli zdaniem pana Orzechowskiego igrzyska wówczas podupadły. Choć z drugiej strony np. Donald Kyle pisze, że podczas gdy wcześniejsze igrzyska były raczej skromne i brakowało widowiskowości, to właśnie w czasach hellenistycznych i rzymskich zostały one rozbudowane, wzbogacone o wyrafinowane urządzenia techniczne i przyciągały znacznie więcej widzów i atletów (wówczas też nastąpiła rzeczywista profesjonalizacja sportu). Zdaniem Kyle’a, władcy hellenistyczni i rzymscy wykorzystali polityczne podteksty obecne w igrzyskach, zapewniając im oprawę, na jaką wcześniej polis nie mogły sobie pozwolić. (Sport and Spectacle in the Ancient World, 2006. Świetna książka, swoją drogą.)
Lał to kot. 250, 293, 192, 135! Bez sensu to jest oczywiście.
NINIEJSZYM OFICJALNIE WYKREŚLAM!
Panie Andrzeju, wykreśliłem pokornie. Może skupimy się na faktach?
Fakty są takie, że obywatele polis nie dostrzegali zauważonego przez pana Orzechowskiego dobrobytu i rozwoju kulturalnego czasów rzymskich i wciąż próbowali buntować się przeciw przynoszącej im to szczęście okupacji. Weźmy takie powstanie zbrojne w Attyce w początkach lat 80-tych. Kto z nas potępi w tej sytuacji rozkazy Sulli? Sulla, kiedy wreszcie, na przełomie 87 i 86, rozproszone siły greckie wybił i Ateny zajął, kazał wymordować sporą część zdolnych do noszenia broni mężczyzn, a przy okazji co się tam pod gladius nawinęło. Bo też co za niewdzięczna hołota! Ale przecież nawet Sulla o Aten dobrobyt zadbał i palić miasta zabronił, choć proste prośby żołnierzy te same są od lat i legionista, jak to ma we zwyczaju, po bitwie chętnie by, tak dla relaksu, zapalił…
(Na wszelki wypadek przypomnę: nie podaję wszystkich wojen i bitew!!!)
Oligarchia ekonomiczna i uzurpacja prawa. Regulacja cen. Zmiana struktury ekonomicznej faworyzująca własność ziemską. To tylko notki. Miałem je rozwinąć, ale zbyt dużo wychodzi i w ogóle wszyscy za chwilę usną.
Niestety, na pytanie o wybitnych rzeźbiarzy greckich w okresie rzymskim pan Orzechowski odpowiada wymieniając dwóch słynnych prawników. No fakt, potrafili wycinać niezłe numery, ale już wolałbym ciekawszych od nich greckich filozofów tego okresu, choć powiem, że za wyjątkiem Plotyna (trochę przyszywany, ale Grek), nie aż tak ważnych jak ich poprzednicy w przed-rzymskiej Grecji. Panie Andrzeju, rzeźbiarzy ani widu, ani słychu, może więc ułatwię Panu: choć kilku architektów? Pisał wprawdzie dawno temu Burn, że Grecja miała architektów, a Rzym inżynierów, ale to stare dzieje. Wie Pan, kilku greckich architektów naprawdę tam było, jeden nawet całkiem niezły. Wprawdzie popadł (na bardzo krótko) w niełaskę, gdy złośliwie skrytykował wizję architektoniczną swojego Cesarza, ale to drobiazg. Nie, nie, Witruwiusz tylko uczył się od Greków, sam był Rzymianinem. Nie, Hermodorus też nie, Grek oczywiście, ale to naprawdę nie ten okres. Cocceius? Ciekawy przykład, ale wiemy o nim tyle, że był wyzwoleńcem, czy Grekiem? W sumie zgódźmy się, że jego pierwszy Panteon to jednak nie był najlepszy projekt. Rabinius może? Nie, to jednak też Rzymianin. Oczywiście, APOLLODORUS. Ufff. Drugi (obecny) Panteon. Mamy dowód rozkwitu architektury greckiej w czasach rzymskich! Bogowie. Co ja się tu wyzłośliwiam, Pan Andrzej oczywiście to wszystko wie i tylko dlatego podaje mi dwóch teoretyków prawa rzymskiego, że jakoś bardzo trudno ważnego greckiego artystę w Rzymie nazwać z imienia i nazwiska. Greckich twórców trochę w Rzymie było . Brak danych w źródłach świadczy o ich rzeczywistym znaczeniu pośród ówczesnego narodu panów.
[] Panteon, Rzym. Fot. Wiki.
Nie chce Pan Orzechowski powiedzieć, skąd brali Rzymianie swoich ulubionych greckich niewolników. Piractwa prawie już nie było (wróciło później, wraz z osłabieniem państwa), za długi aż tak wielu w niewolę nie trafiało. Było sporo dzieci urodzonych w niewoli ale nie dość (mimo niekiedy bardzo aktywnego, osobistego zaangażowania właścicieli niewolników), a z porwaniami trzeba było uważać (choć się zdarzały). Wszystko to nie wystarczało, skądś jeszcze przecież trzeba było ich brać, by przejściowe braki uzupełnić, bo moda była taka, że liczący się Rzymianin greckich niewolników musiał mieć. Owszem, samych tylko galijskich niewolników Cezar przyprowadził ponoć pół miliona, ale ci po grecku ani be, ani me....
Ech, za dużo tego i klawiatura się zużywa. Powiem tak: jeśli chce pan, panie Andrzeju uważać, że wg „ekonomiczno-kulturalnego” obrazu historii epoka hellenistyczna była okresem niemal pozbawionym wojen i przemocy, że igrzyska olimpijskie podupadły po 323, bo duch rywalizacji przestał być ważny, że pokojowy okres rzymskiej kolonizacji oznaczał rozkwit kultury i sztuki w zamożnych miastach greckich, wreszcie, finis coronat opus, że przyczyną upadku greckich polis była słabość kolonialnego imperium Rzymu – proszę bardzo. Nie mam najmniejszego prawa Panu tego zabronić.
Proszę wszak nie mówić, że patrzę na historię z punktu widzenia wojen, a kulturę i ekonomię lekce sobie ważę. To, zwyczajnie, nieprawda. Staram się patrzeć na historię uwzględniając możliwie wiele różnych elementów kontekstu i próbując je porządkować je zgodnie z ich znaczeniem dla danego wydarzenia, czy splotu wydarzeń. W wypadku Grecji sprawa jest o tyle skomplikowana, że równorzędnych czynników jest tu kilka. Wojny w Grecji zdarzały się zdecydowanie nazbyt często, ale nie były ani jedynym, ani ostatecznym stymulatorem rozwoju cywilizacji antycznej. Z drugiej strony negowanie ich znaczenia nieuchronnie prowadzi do zniekształcenia perspektywy i do wyprowadzania wniosków wprawdzie oryginalnych, ale mało użytecznych.
Na koniec coś w rodzaju post scriptum. (Wreszcie!)
Panie Andrzeju, przyznam, nie rozumiem pańskiej fascynacji Ajschinesem. Ciekawa postać, owszem, dobry mówca, z całą pewnością, ale naprawdę cokolwiek mało strawny. Pomińmy kwestię macedońską, każdy ma takich Wielopolskich, na jakich zasłużył. Jednak niszczenie przeciwnika przez oskarżanie go o to, że w młodości był męską prostytutką? Ale – de gustibus. Skoro jednak już tak go Pan ceni, czemuż nie sięgnie Pan po nowsze źródła? Parę już podałem, dostrzegam wszak nadal problem z datowaniem jego urodzin. W tym wypadku pomocą posłuży Panu krótki, ale znakomity tekst Edwarda C. Harrisa When was Aeschines born? (Classical Philology v.83, 1988). Jeśli nie ma Pan dostępu do JSTOR, tekst ten może być ciut trudny do dostania – w takim wypadku służę wersją elektroniczną (by nie naruszyć przepisów, umówmy się, że ją Panu pożyczę, a Pan mi ją, po przeczytaniu, odeśle... ;) )
Pana Andrzeja Orzechowskiego i wszystkich czytelników serdecznie pozdrawiam, a Francuzów i frankofilów przepraszam za polemiczne nadużycie fragmentu historii Paryża.
Bon weekend!
Andrzej Orzechowski 04 sierpnia 2012 11:46
Bez sensu, bym odpowiadał na ten wpis, skoro musiałbym powtórzyć dokładnie to samo, co napisałem. A napisałem - przypomnę, że historię można widzieć w różny sposób, i szkoda, że szanowny Marlow, niczym Antoni Macierewicz, na siłę próbuje tu narzucić swój sposób widzenia historii i broni niczym niepodległości tylko swojego punkt widzenia :)
Moja polemika tu:
http://blogi.newsweek.pl/Tekst/historia/639141,historie-inaczej-widziane.html
PS. Zanim napisałem to, co linkuję powyżej, kilkakrotnie komentowałem polemikę Marlowa, czekając cierpliwie (grubo ponad dobę), aż szanowny Marlow raczy przyznać się choć do jednego ze swoich nadużyć retorycznych, albo przynajmniej przeprosi za absurdalne stwierdzenie "co zdanie, to albo błąd, albo dziwne nieporozumienie", skoro większość przytaczanych przeze mnie faktów w swojej polemice potwierdził...
Widząc jednak jakiś niewiarygodny przerost ego i narcyzm, który nie pozwala przyznać się do błędu, zdecydowałem się poświęcić twierdzeniom szanownego Marlowa osbny, linkowany kilka linijek wyżej, wpis...
I na tym poprzestanę. Bo zwyczajnie szkoda mi czasu na dyskusję z kimś, kto chyba nawet nie do końca przeczytał mój wpis o Powstaniu Warszawskim, z którym polemizował (o czym świadczy przywołanie tu hitlerowskiej okupacji Paryża na dowód swoich racji)...
RaCZa 04 sierpnia 2012 12:47
@andj
@Marlow
Zaczynacie być sobie potrzebni jak Tusk i Kaczyński.
Idąc dalej w tę analogię nieśmiało pytam, czy jesteście przekonani, że taki tandem jest potrzebny nam, czy służy np. wzrostowi świadomości statystycznego blogera.
Tym bardziej, że czasami obaj pierdolniecie coś głupiego i chodzi niekoniecznie o wartość merytoryczną wypowiedzi, ale o formę i czytelne sugestie, które budziłyby mój większy szacunek gdyby napisać je jak na faceta przystało. Np.: "Pierdolisz Pan bzdury.", albo "Głupiś Pań.".
Rączki podać sobie na zgodę i używać mi tu wiedzy do czegoś więcej niż lizanie się po własnych jajach. Przed podaniem rączek należy je umyć. ;)
Pozdrowienia i wyrazy wielkiej sympatii i szacunku dla Obydwu Panów.
Moja Wielka Osoba Racza
Marlow 04 sierpnia 2012 15:23
(@Marlow)
@racza Sugestia słuszna ze wszech miar!
Rączki należy umyć bezwrunkowo. :roll:
Chapeau bas!!!
henrykspol 04 sierpnia 2012 19:20
@Marlow
Wpis, jak zwykle bardzo ciekawy i świadczący o Twojej nieprawdopodobnej erudycji. Tym niemniej podzielam opinię Raczy @racza . (Za wyjątkiem jego propozycji odzywek). Poza wszystkim, ta potężna dawka wiedzy, raczej nie dotrze do Czytelniczek i Czytelników. @Marlow @andj Na wszelki wypadek, lepiej chyba skończyć polemikę. :( . @Marlow A swoją drogą, przeraziłeś mnie potencjałem tkwiącym w odwracaniu historii ogonem (Paryż upadł wskutek słabości Niemców !) :(
Marlow 04 sierpnia 2012 21:17
@henrykspol Z Raczą też się tu zgadzam! Co do odzywek, to już kwestia wyboru konwencji, czasem trudno znaleźć coś innego :D
To jest ciekawa rzecz, w sumie najbardziej zaawansowana wersja propagandy totalitarnej technicznie opiera się na minimalnych zniekształceniach perspektywy historycznej. Myślę tu o, pod wieloma względami znakomitym, filmie "Hero" (czemu nie przetłumaczono? "Bohater" to źle brzmiało?) Yimou Zhanga. Absolutnie rewelacyjne zdjęcia, kilku świetnych aktorów i aktorek też para znakomitych, bardzo dobra reżyseria, i w sumie cała opowieść, choć fikcyjna, to na pierwszy rzut oka racjonalna i zgodna ze znanymi faktami. W rzeczywistości to gruba manipulacja. Nasz Hubal to też coś podobnego, niby wszystko jest ok, z Wańkowiczem prawie wszystko się zgadza... diabeł tkwi w szczegółach. Tu trochę poleciałem po bandzie, ale z drugiej strony sam słyszałem kiedyś opinię znajomego Niemca, który coś trochę podobnego głosił Znajomemu o całą Francję chodziło, nie akurat o Paryż; nie był to żaden neonazista - to, wyobraź sobie, polonofil 8O .
Pozdrowienia!
henrykspol 04 sierpnia 2012 21:44
@Marlow
Manipulacja we wspomnianym filmie jest, moim zdaniem, cieniutka. Ot, trochę zmienione fakty i sugestia. Ty w swojej, zmieniasz brutalnie nawet desygnaty (upadł= wyzwolony). Swoją drogą, ci Twoi Chińczycy nawet Amerykanom (jeńcom z wojny koreańskiej) potrafili podobno wmówić, że USA to wróg owych Amerykanów. Posługując się czymś w rodzaju szkolnych wypracowań. Serdecznie pozdrawiam!
ZEW 05 sierpnia 2012 10:44
Dzieło poważne, ale należało je może dać w odcinkach.
Marlow 05 sierpnia 2012 15:27
@henrykspol Masz, naturalnie, rację. "Hero" Zhanga przy moim "Paryżu" jest jak igła do akupunktury przy pałce z gwoździem :D
Swoją drogą, przy bardzo specyficznym zastosowaniu, oba narzędzia mogą posłużyć do osiągnięcia zbliżonych rezultatów ;)
@Zew Dobre pytanie. Można byłoby, jak w serialu, mogłoby to być bardziej strawne, ale w sumie pewnie zrobiłoby się tego znacznie więcej. :roll:
kierkiegaard 18 sierpnia 2012 18:21
Kilka cierpkich słów o paryskiej sztuce narzekania
secretmidnightmagicnico.blogspot.com/2012/07/paryska-sztuka-narzekania
_______________________
K O M E N T A R Z E
_______________________
Andrzej Orzechowski 04 sierpnia 2012 11:46
Bez sensu, bym odpowiadał na ten wpis, skoro musiałbym powtórzyć dokładnie to samo, co napisałem. A napisałem - przypomnę, że historię można widzieć w różny sposób, i szkoda, że szanowny Marlow, niczym Antoni Macierewicz, na siłę próbuje tu narzucić swój sposób widzenia historii i broni niczym niepodległości tylko swojego punkt widzenia :)
Moja polemika tu:
http://blogi.newsweek.pl/Tekst/historia/639141,historie-inaczej-widziane.html
PS. Zanim napisałem to, co linkuję powyżej, kilkakrotnie komentowałem polemikę Marlowa, czekając cierpliwie (grubo ponad dobę), aż szanowny Marlow raczy przyznać się choć do jednego ze swoich nadużyć retorycznych, albo przynajmniej przeprosi za absurdalne stwierdzenie "co zdanie, to albo błąd, albo dziwne nieporozumienie", skoro większość przytaczanych przeze mnie faktów w swojej polemice potwierdził...
Widząc jednak jakiś niewiarygodny przerost ego i narcyzm, który nie pozwala przyznać się do błędu, zdecydowałem się poświęcić twierdzeniom szanownego Marlowa osbny, linkowany kilka linijek wyżej, wpis...
I na tym poprzestanę. Bo zwyczajnie szkoda mi czasu na dyskusję z kimś, kto chyba nawet nie do końca przeczytał mój wpis o Powstaniu Warszawskim, z którym polemizował (o czym świadczy przywołanie tu hitlerowskiej okupacji Paryża na dowód swoich racji)...
RaCZa 04 sierpnia 2012 12:47
@andj
@Marlow
Zaczynacie być sobie potrzebni jak Tusk i Kaczyński.
Idąc dalej w tę analogię nieśmiało pytam, czy jesteście przekonani, że taki tandem jest potrzebny nam, czy służy np. wzrostowi świadomości statystycznego blogera.
Tym bardziej, że czasami obaj pierdolniecie coś głupiego i chodzi niekoniecznie o wartość merytoryczną wypowiedzi, ale o formę i czytelne sugestie, które budziłyby mój większy szacunek gdyby napisać je jak na faceta przystało. Np.: "Pierdolisz Pan bzdury.", albo "Głupiś Pań.".
Rączki podać sobie na zgodę i używać mi tu wiedzy do czegoś więcej niż lizanie się po własnych jajach. Przed podaniem rączek należy je umyć. ;)
Pozdrowienia i wyrazy wielkiej sympatii i szacunku dla Obydwu Panów.
Moja Wielka Osoba Racza
Marlow 04 sierpnia 2012 15:23
(@Marlow)
@racza Sugestia słuszna ze wszech miar!
Rączki należy umyć bezwrunkowo. :roll:
Chapeau bas!!!
henrykspol 04 sierpnia 2012 19:20
@Marlow
Wpis, jak zwykle bardzo ciekawy i świadczący o Twojej nieprawdopodobnej erudycji. Tym niemniej podzielam opinię Raczy @racza . (Za wyjątkiem jego propozycji odzywek). Poza wszystkim, ta potężna dawka wiedzy, raczej nie dotrze do Czytelniczek i Czytelników. @Marlow @andj Na wszelki wypadek, lepiej chyba skończyć polemikę. :( . @Marlow A swoją drogą, przeraziłeś mnie potencjałem tkwiącym w odwracaniu historii ogonem (Paryż upadł wskutek słabości Niemców !) :(
Marlow 04 sierpnia 2012 21:17
@henrykspol Z Raczą też się tu zgadzam! Co do odzywek, to już kwestia wyboru konwencji, czasem trudno znaleźć coś innego :D
To jest ciekawa rzecz, w sumie najbardziej zaawansowana wersja propagandy totalitarnej technicznie opiera się na minimalnych zniekształceniach perspektywy historycznej. Myślę tu o, pod wieloma względami znakomitym, filmie "Hero" (czemu nie przetłumaczono? "Bohater" to źle brzmiało?) Yimou Zhanga. Absolutnie rewelacyjne zdjęcia, kilku świetnych aktorów i aktorek też para znakomitych, bardzo dobra reżyseria, i w sumie cała opowieść, choć fikcyjna, to na pierwszy rzut oka racjonalna i zgodna ze znanymi faktami. W rzeczywistości to gruba manipulacja. Nasz Hubal to też coś podobnego, niby wszystko jest ok, z Wańkowiczem prawie wszystko się zgadza... diabeł tkwi w szczegółach. Tu trochę poleciałem po bandzie, ale z drugiej strony sam słyszałem kiedyś opinię znajomego Niemca, który coś trochę podobnego głosił Znajomemu o całą Francję chodziło, nie akurat o Paryż; nie był to żaden neonazista - to, wyobraź sobie, polonofil 8O .
Pozdrowienia!
henrykspol 04 sierpnia 2012 21:44
@Marlow
Manipulacja we wspomnianym filmie jest, moim zdaniem, cieniutka. Ot, trochę zmienione fakty i sugestia. Ty w swojej, zmieniasz brutalnie nawet desygnaty (upadł= wyzwolony). Swoją drogą, ci Twoi Chińczycy nawet Amerykanom (jeńcom z wojny koreańskiej) potrafili podobno wmówić, że USA to wróg owych Amerykanów. Posługując się czymś w rodzaju szkolnych wypracowań. Serdecznie pozdrawiam!
ZEW 05 sierpnia 2012 10:44
Dzieło poważne, ale należało je może dać w odcinkach.
Marlow 05 sierpnia 2012 15:27
@henrykspol Masz, naturalnie, rację. "Hero" Zhanga przy moim "Paryżu" jest jak igła do akupunktury przy pałce z gwoździem :D
Swoją drogą, przy bardzo specyficznym zastosowaniu, oba narzędzia mogą posłużyć do osiągnięcia zbliżonych rezultatów ;)
@Zew Dobre pytanie. Można byłoby, jak w serialu, mogłoby to być bardziej strawne, ale w sumie pewnie zrobiłoby się tego znacznie więcej. :roll:
kierkiegaard 18 sierpnia 2012 18:21
Kilka cierpkich słów o paryskiej sztuce narzekania
secretmidnightmagicnico.blogspot.com/2012/07/paryska-sztuka-narzekania



No comments:
Post a Comment