Thursday, July 3, 2014

Superkwęk jesienią


Moja polemika z nieco pesymistycznym tekstem Piotra Bratkowskiego "Dekada klęski" opublikowanym w "Newsweeku" i kontynuującym wątek, nieporównanie bardziej pesymistycznym wpisem Spirita wstawionym na Portalu Opinii. Tak się zabawnie złożyło, że diagnozy stanu kultury polskiej przedstawione przez Piotra Bratkowskiego i przeze mnie były dość podobne, problem tkwił w percepcji przyczyn i konsekwencji, a także w dalszych interpretacjach - jak ta, przedstawiona przez Spirita. Pozycje nas wszystkich znacznie lepiej określiła bardzo (moim nieskromnym zdaniem) interesująca dyskusja pod wpisem - którą tym razem przytaczam.

Newsweek, Portal Opinii - 7.09.2011




Kiedy Włosi kupili w latach 60-tych licencję Disneya na na rysowanie Donalda, znerwicowany kaczor zyskał nowe alter-ego w postaci Superkwęka. Superkwęk to sekretna tożsamość Kaczora Donalda, który pod osłoną nocy przywdziewa błękitną pelerynę i jako super-bohater, Mściciel w Masce vel Superkwęk, walczy ze złem nękającym Kaczogród. Gdyby Superkwęka rysowano u nas, byłby to kaczor piszący nocą wpisy na blogu, w których ustawicznie kwękałby a kwękał, wymieniając wszystko, co jego zdaniem zostało popsute, a kiedyś, panie, to było dobrze!

Namiętność do narzekania nie jest wszak obsesją wszystkich Polaków – jedynie większości. Tym większa moja konsternacja, kiedy najpierw w internetowym wydaniu polskiego Newsweeka czytam ponurą wizję polskiej kultury kreśloną żywym piórem Piotra Bratkowskiego (@Bratkowski-piotr-) w tekście „Dekada Klęski” a następnie wpisujący się w ostatnią, “PRL-owską” dyskusję, tekst Spirita „Dlaczego kultura w PRL-u miała się dobrze”(@Polski--dom--publiczny). Spirit generalnie pisze o jakości filmu, sztuki i muzyki w PRL-u; i nie ma się co czepiać, bo faktycznie działo się wtedy w tych dziedzinach sporo ciekawych rzeczy. Czepiam się jedynie króciutkiego fragmentu przeciwstawiającego dokonania filmowców pracujących w czasach komuny temu, co dzieje się obecnie, przez co cały tekst staje się cokolwiek, cóż, krytyczny. Ok. Spirit więc pisze, że poziom filmu polskiego był lepszy za komuny, Piotr Bratkowski, że stan sztuki i literatury dzisiaj to klęska. Autor „Dekady klęski” ze zręcznością Sonny'ego Chiby obezwładnia potencjalnego oponenta, pisząc, iż ów nie ma szans niezależnie, ile kto wyliczy wybitnych dzieł dla zaprzeczenia tej tezie, bo nie na ich braku polega ta klęska. Klęska, mówiąc krótko, polega na tym, że elity mają kulturę głęboko w jelicie grubym. Efektem takiego położenia kultury w stosunku do jelit elit jest między innymi fakt, iż opiniotwórcze media nie zadają sobie trudu pisania o kulturze.


Gdy przywołani przez Piotra Bratkowskiego członkowie Nowej Fali pisali o kulturze, to fizycznie pisali w PRL-u i do peerelowskiej kultury odnosili swe zarzuty i postulaty. Świat nie przedstawiony postrzegany był – i jest chyba nadal – jako krytyka kultury związanej z tamtym systemem. Czy jednak nią był? W tym samym okresie pojawiały się podobne opracowania pisane na zgniłym Zachodzie. Mniej więcej w tym samym czasie w Wielkiej Brytanii przetoczyła się analogiczna dyskusja, która miała zaowocować zmianami w edukacji promującymi postrzeganie i rozumienie kultury w społeczeństwie. Podobna dyskusja toczyła się też w Stanach, we Francji, we Włoszech, ba - w Japonii,  i w wielu innych państwach. Spirit pyta dlaczego za PRL-u kultura miała się dobrze, pozostawiając odpowiedź czytelnikom. Nie mam zamiaru na to pytanie tu odpowiadać, wskażę tylko fakt, iż w obrębie bloku wschodniego kultura z trudem ale jakoś się trzymała w PRL-u, dyszała na Węgrzech i dogorywała w Czechosłowacji. Poza tym, generalnie, miała się bardzo źle.


Prawda jest taka, że o ile kultura nie będzie w rozwiniętym społeczeństwie świadomie niszczona przez rządzących, to, z zachowaniem proporcji, będzie wszędzie wyglądała podobnie. Mamy więc zawsze ogromną rzeszę społeczeństwa, której kultura generalnie zwisa, ale która publicznie deklaruje dla owej kultury podziw, zwłaszcza dla tej części, którą może w jakimś stopniu zrozumieć. Rzesza ta z upodobaniem powołuje się na rozmaitych konferansjerów kultury, których istnienie szczęśliwie zwalnia rzeszę z prób własnej refleksji. Z tej rzeszy wywodzi się znaczący procent rządzących i biurokracji państwowej. Mamy też maleńką grupkę ludzi z najróżniejszych kręgów społecznych, którzy starają się zastanowić nad tym, o co chodzi w obrazie, filmie, książce, czy czym tam jeszcze. Dla większości jest to zbyt duży wysiłek, bo kiedy człowiek wreszcie skończy robotę, to generalnie chce sobie odpocząć i ponarzekać, a nie męczyć się oglądaniem Hamleta, nawet jeśli gra go Mel Gibson. Nie ma tu znaczenia, czy człowiek jest z zawodu tkaczem, czy Panią Prezydent dużego miasta.


Kultura istnieje na przekór tej sytuacji, a istnieje dla tego, że mimo swej obcości jest jednak tej ogromnej rzeszy potrzebna. W myśl niektórych teoretyków jako jej sumienie. Może i tak. W myśl innych jako dekoracja. Też być może. Inni wreszcie piszą, że jest wymówką, odwróceniem uwagi. Może wszystkie te funkcje i jeszcze kilka innych są powodem istnienia kultury, trudno powiedzieć. Faktem jest, że kultura jest jak śmiech: nie jest niezbędna do życia, ale jest wskazana. System funkcjonowania PRL-owskiej kultury był rzeczywiście schizofreniczny i schizofreniczny jest też obecny.


Jest naturalnie kilka różnic. Kazimierz Dejmek, lojalny członek PZPR od 1951 roku, w 1967 wystawiając Dziady nie przewidywał, że publiczność potraktuje przedstawienie jako wyraz protestu wobec braterskiej współpracy etc. etc. Dziady nie były ekspiacją za wcześniejsze, całkiem świadome wystawienie antykościelnego Hochhutha. Dejmek prawdopodobnie myślał, że przywołuje w Dziadach idee rewolucyjnej współpracy polsko-rosyjskej. Skandal zaowocował niesłychanym jak na owe czasy rozsławieniem spektaklu – dla Dejmka był przyczyną wyrzucenia z partii i ostatecznie całkiem niezłej pozycji podczas czteroletniej "emigracji". Dziś skandal w kulturze polskiej jest już stosowanym świadomie elementem marketingowym. W sensie reakcji społeczeństwa na sztukę to naprawdę nie jest duża różnica. Rzeczywiście, jest problem marginalizacji kultury w Newsweeku, Rzepie, Wybiórczej, Wprost itd. Może trzeba zastanowić się dlaczego? Czy zamieszczenie ciekawego tekstu o kulturze faktycznie zmniejszy nakład którejś z tych gazet? New York Times pisze o kulturze całkiem sporo, a opinie jego publicystów są przytaczane i dyskutowane. Podobnie Washington Post. Podobnie Tribune i wiele innych. Czy jest jakiś powód, by nie robić tego u nas? Pisać nie ma kto?


Dobrze, dość postulatów. Pora na garść faktów i obrazków - ponieważ nie zgadzam się stanowczo z określeniem „dekada klęski”, ponieważ uważam, że przytoczenie pewnej grupy dzieł wybitnych moją opinię jednak uzasadni, i wreszcie ponieważ chciałem odpowiedzieć Spiritowi – że dziś też ma się całkiem dobrze.
Film ma się, jak się ma. Nigdy tak nie było, że powstawały u nas tylko dobre filmy. Czy za PRL-u powstawało ich więcej? Nie mam pojęcia, ile dobrych filmów zrobiono w danym roku. Były lata tłuste i były chude. Czy powstawały lepsze? O, to jest ciekawe pytanie...
Czy Popiół i Diament to lepszy film od Czerwonego?


Spirit z rozpędu wrzucił do kultury PRL-u Katyń Wajdy :) Nie jest tak, że dziś mamy Wajdę i niewiele więcej. Mieliśmy okres przejściowy, lata 90-te, kiedy ton nadawała grupa twórców starej i „średniej” (wiekiem, nie dokonaniami) szkoły, z nieśmiertelnym (na szczęście, ale tylko dla teatru) Andrzejem Wajdą, z Krzysztofem Kieślowskim (n.b. Czerwony, Spirycie, był nominowany i do Oskara, i do Złotego Globu, to, że ich nie dostał, świadczy o poziomie jury...), i z przechodzącym wówczas z dokumentu do filmu fabularnego Janem Jakubem Kolskim. Już wkrótce dołączył do nich „polski Johnny Woo” – czyli oczywiście Pasikowski. Tych Czterech Pancernych i Pies ;) nadawało ton latom 90-tym, ale nie reprezentują oni bynajmniej wszystkiego, co się wtedy w kinie polskim działo. Ach, Majewski oczywiście. Jest Kutz przecież! Są inni. Po 2001 , już w obrębie dekady, sytuacja się zmienia i powoli do głosu dochodzą nowi. 

Jest więc Borowski – Zero Borowskiego było znakomicie przyjmowane za granicą, choć oczywiście nie jest to film „oskarowy”; jest Niewolski, jest wreszcie Jabłoński. Jest ich znacznie więcej. (Jest oczywiście Xawery Żuławski i tu mam akurat pewne wątpliwości, ale dobra, ja się nie muszę na wszystkim znać, większość krytyki go kocha i dla tej miłości go przytaczam).
[] Marek Borowski, Zero

Porównanie PRL jako całości okresu do czasów współczesnych jest zabiegiem uprawnionym, ale też ryzykownym. Porównujemy pół wieku do dwudziestu lat. Polska Szkoła Filmowa nie rozkwitła z dnia na dzień, ona powstała na fundamentach zbudowanych przez przedwojennych twórców, kręcących filmy już w PRL. Ford, Buczkowski, Jakubowska – oni uczyli młodych, jak się robi film – a ci ostatecznie pokazali, że potrafią tak samo, a nawet lepiej. Proces, który zachodził w latach 45-60, powtarza się teraz i sytuacja bynajmniej nie wygląda beznadziejnie. Dobrze, nawet bardzo dobrze ma się polski film animowany (artystyczny, nie dobranocka), w istocie ma się tak dobrze, że warto poświęcić mu osobny tekst a nie akapit czy dwa, podobnie jak dokumentowi. O serialach nie mogę się wypowiadać, mało ich oglądami. Nie potrafię ocenić poziomu House’a, nie widziałem żadnego odcinka więc nie mam skali porównawczej. Jednak Marek Kondrat jako komisarz Halski nie był taki najgorszy, a znajomi mówią mi, że dziś jest kilka równie dobrych (to wiadomość z drugiej ręki, więc może nic nie ma, nie wiem).


Poziom sztuki wygląda podobnie, tzn. całkiem nieźle. To fakt, spoglądam z ogromnym żalem na odchodzenie starej szkoły. Hasior, Nowosielski, Beksiński. Już ich nie ma. Jednak tym co zrobili, dali skutecznego kopa do przodu postępującym za nimi.

Tworzy przecież wszak Piotr Uklański. Tak, jak najbardziej, ten Uklański od Nazistów! Ciut lepiej obeznani rzucą jeszcze kształtną Ginger AssW 2006 Naziści, wystawieni w Phillips de Pury, poszli za pół milliona funtów, co tworzy absolutny rekord ceny jaką kiedykolwiek osiągnęło dzieło sztuki stworzone przez polskiego artystę. 

Uklański jest zdecydowanie jednym z najciekawszych artystów dekady – nie w skali polskiej, ale w skali światowej. Jest to człowiek, który jak rzadko kto potrafi zrozumieć, że malarstwo to ciut więcej niż prostokąt pokryty farbą.


[] Piotr Uklański, Bez tytułu (Potwór)





Podobny talent demonstruje w swych pracach o dziesięć lat starszy Leon Tarasewicz. Trochę nie doceniony na Biennale w Wenecji – na pewno nie gorszy od Schneidera – był chyba po prostu zbyt spokojny. Co jednak nie przeszkadza w doskonałych ocenach, jakimi jego sztuka cieszy się od Rzymu, przez Nowy Jork i Seul, aż do Sao Paulo.



Ba, na Białorusi jest znany, choć papa Łukaszenko trzyma naród za twarz i polskiej kultury nie promuje. 


[] Leon Tarasewicz, Instalacja na Biennale w Wenecji, 2001

(Fot. PIK)


Jest wreszcie Sasnal – a jakże. 
No dobrze. Sasnal zasłużenie bywa nazywany neo-surrealistą, bo mimo deklarowanej lewicowości, jak Salvadore Dali, 90% prac tworzy dla kasy. Nie zmienia to faktu, że tworzy też te 10% prac absolutnie rewelacyjnych, które za sto lat będą jeszcze pamiętane, kiedy twórczość Kozyry będzie już tylko przedmiotem studiów taksydermistów, a Nieznalskiej – ginekologów.




Sasnal, Bez tytułu / K-001. (Fot: Guardian)



Współczesna sztuka polska jest na szczęście znacznie bogatsza niż połączona twórczość Natalii Lach-Lachowicz, Alicji Żebrowskiej, Katarzyny Kozyry i Doroty Nieznalskiej. Nawiasem mówiąc, żadna z nich nie jest bynajmniej szczególnie zła, to po prostu przeciętne absolwentki ASP z przeciętnymi talentami, kompensowanymi „przełamywaniem tabu”, czyli budowaniem wizerunku w oparciu o skandal. (No dobrze. Powiedzmy szczerze: Lach-Lachowicz jest zdecydowanie poniżej przeciętnej.) Fakt wyboru Yael Bartany do reprezentowania Polski na 54 Biennale w Wenecji, 2011, nie oznacza bynajmniej, że wśród polskich artystów nie ma nikogo na choćby zbliżonym poziomie. Oznacza to jedynie, że ponad połowa szanownych członków zacnego Jury nie byłaby w stanie znaleźć drogi do wychodka bez psa przewodnika, a co dopiero znaleźć artystę w Polsce (i wiem, co mówię, jako że niektórych szanownych jurorów i jurorki miałem przyjemność przy różnych okazjach poznać i posłuchać, a pozostałych teksty czytałem).





Skoro już o Wenecji – na Biennale Architektury (równie znane, na przemian z Biennale Sztuki) w 2008, po raz pierwszy w historii, Złotego Lwa dostał pawilon polski, zaprojektowany przez Grzegorza Piątka i Jarosława Trybusia Hotel Polonia, goszczący prace Nicolasa Grospierrea i Kobasa Laksy.



[] Kobas Laksa, Hotel Polonia - Rondo 1. (Fot.: Domus.it)






Polska Szkoła Plakatu wspomniana przez Spirita padła, leży na desce i choćby Nergal z Dodą zagrali jej jeszcze, to już się nie podniesie, nawet po to by im przyłożyć. Tak już jest. Były w tym okresie dwie dobre szkoły plakatu – polska i japońska. Obie padły i nic nie poradzimy. W sztuce tak bywa, z ustrojem nie ma to nic wspólnego (jak widać z przykładów). Żyją wszak, mają się dobrze i nadal projektują niektórzy z twórców szkół, w tym wspomniani przez Spirita Olbiński i Pągowski.

Na operze zupełnie się nie znam, słoń mi na ucho nadepnął i toleruję wyłącznie harmonijkę bluesową więc nie będę próbował się wymądrzać, ale coś mi mówi, że jeśli Ewa Podleś ma się świetnie i nadal zaszczyca Metropolitan swym głosem, to chyba nie jest tak źle.
Tu – dla znawców ;) Ewa Podleś w Barcelonie, 2005.





I tym wysokim akcentem kończąc proszę: przestań kwękać Superkwęku, jesień, czy nie jesień...


Zapraszam do lektury odpowiedzi Piotra Bratkowskiego: Dalej kwękam.


- KOMENTARZE -



Zhannah 07 września 2011 06:51
(@KontoUsuniete)
.patrze na motto przy okazji... "Oczywiście należy zawsze zwracać uwagę na pobudki... słuszne pobudki... zawsze.”

Piotr Bratkowski 07 września 2011 10:24
W wersji autorskiej mój tekst nazywał się "Stracone złudzenia". Wspominam o tym, bo z grubsza zgadzam się z Panską diagnozą stosunku współczesnych społeczeństw zachodnich do kultury. W latach 90. panowały jednak u nas dość powszechne złudzenia, że rynek i demokracja wyregulują to tak, że będzie lepiej :) Nie wyregulowały: polską rzeczywistość pod tym względem dość dobrze opisują prace amerykańskich socjologów kultury z... lat 50. (a więc tuż po upowszechnieniu telewizji. 
New York Times (i NYT Review of Books!), Washington Post... El Pais czy Guardian ze swymi tematycznymi wkładkami... Właśnie tego mi brak - "prawie" robi wielką różnicę ;)
Jeśli idzie o Dejmka - nigdy nie wyemigrował (choć często pracował zagranicą). Sprawie "Dziadów" smaczku dodaje fakt, że zostały wlączone do repertuaru w ramach obchodów 50-lecia Rewolucji Październikowej!
Na pewną szczególnie zajmującą mnie kwestię odpowiem osobnym (uprzedzam, że trochę alegorycznym ;) ) wpisem.
A co do pytania, postawionego przez @Spirita, moja odpowiedź jest akurat prosta. Bo była nadreprezentowana w codziennym życiu z braku wielu innych form aktywności życiowej. Zarówno jej tworzenie, jak i tzw. uczestnictwo w kulturze często pełniły funkcję zastępczą i wobec polityki i wobec konsumpcji.


Afapipi 07 września 2011 12:44
Całkowicie podzielam pogląd P.Bratkowskiego przy czym myślę, że oba terminy"- zarówno :"stracone złudzenia" jak i"dekada klęski" są adekwatne do sytuacji kultury wyższej w Polsce. Tym samym nie zgadzam się z tezą jakiej powyżej broni Marlow, że "kultura ma się dobrze". Obawiam się, że bez mądrych posunięć ze strony osób odpowiedzialnych za jakość kultury w Polsce, dekada (niewątpliwej) klęski przyniesie kolejne dekady postępuącego nieurodzaju. Kultura wyższa bowiem, aby mogła się właściwie rozwijać potrzebuje odpowiedniego gruntu w postaci przygotowanych choćby w sposób elementarny odbiorców. Jest to temat szeroki i w związku z tym wymagający oddzielnego wpisu - zdecydowanie polemicznego w odniesieniu do "Superkwęk jesienią".

A przy okazji skoro mowa o Kaczorze Donaldzie trochę historii. Disney w jednym z wywiadów stwierdził, że nigdy by nie odniósł takiego sukcesu gdyby nie kryzys gospodarczy i możliwość zatrudnienia genialnych grafików za przysłowiowe "psie pieniądze". To taka malutka "genealogia" Superkwęka. ;)


Marlow 07 września 2011 13:38
@Zhannah I dobrze patrzysz, ale idź o krok dalej... Przy okazji, myślę, że masz wiele racji pisząc (zupełnie gdzie indziej) o wykładowcach. Albo jest sztafeta, albo jej nie ma...

@Piotr Bratkowski NYT, WP etc... Panie Piotrze, dlaczego tego nie ma? NYT nie prowadzi tego dla bezpośredniego pozyskania czytelników, to się wprost nie przekłada na ilość. Robią to dla wizerunku pisma – postrzegania jego jakości – dzięki temu ceny reklam w NYT są wielokrotnie wyźsze niż w Armpit Post, Tenessy ;) 
Co do emigracji Dejmka –to oczywiście fakt, nie jest to emigracja Miłosza, miałem oczywiście na myśli te 4 lata, jednak zastrzeżenie jest słuszne – dodaję cudzysłów 
Wie Pan, co do pytania Spirita, spojrzał Pan na to jako na pytanie dotyczące jej funkcjonowania i tu się zgadzam, ale bardziej interesuje mnie dlaczego to funkcjonowanie było w ogóle dopuszczone – czyli czemu funkcjonariusze reżimu oryginalnie to dopuścili. Tu oczywiście było kilka przyczyn, ale to temat na osobną dyskusję, moźe coś o tym wrzucę przy innej okazji. 
Na alegoryczne rozwinięcie specjalnie intrygującej kwestii czekam z niecierpliwością :D

@Afapipi niezupełnie cię rozumiem. „Dekada” dotyczyła nie jakości sztuki ale odbiorcy. Ja na to odpowiadałem podkreślając znaczenie jakości i pomniejszając (ale nie negując) znaczenie odbiorcy (choć zgadzam się całkowicie w kwestii publikacji). Czy mówiąc o nieurodzaju i braku odpowiednich posunięć masz na myśli słaby stan jakości sztuki właśnie? PS - U nas właśnie można zatrudnić świetnych, młodych grafików za psie pieniądze - to akurat kwestia podniesienia poziomu polskiego lekkiego popu - z drugiej strony komiks też ma się nieźle, o czym akurat niegdyś wspominałem.

Zhannah 07 września 2011 15:02
(@KontoUsuniete)
... sztafeta ...to plynnosc....luz ...ufnosc, ze nie przypadkiem jestem w tej grupie ... czy patrze na tablice wynikow, czy na reakcje publicznosci czy mej ekipy...... moze ?


Marlow 07 września 2011 15:05
@Zhannah Wszystko to po trochu, plus sporo rozczarowań i wzajemne oskarżanie się o porażki, ale też bardzo ciężka robota i niekiedy trochę zabawy... :)


Afapipi 07 września 2011 16:21
Na myśli mam sporo, ale jak napisałam wymaga to oddzielnego wpisu (niebawem). Powołujesz się między innymi na Uklańskiego, który praktycznie od ukończenia studiów w Polsce przebywa w USA i tam został wypromowany oraz na Sasnala wypromowanego na Zachodzie, który bardziej znany jest w Paryżu NY i Londynie- niż w Polsce chociaż zajmuje pierwsze miejsce w światowym rankingu młodych twórców magazynu Flash Art.
Te dwa nazwiska to może trochę za mało do optymistycznych stwierdzeń, że sztuka polska ma się nieźle. Wychwycenie zdolnych młodych twórców nie wystarczy, potrzebna jest promocja i wsparcie. Ale to temat jak wspomniałam na osobny wpis.

"Dekada dotyczyła nie jakości sztuki a odbiorcy"

W takim razie źle zrozumiałam intencje autora :" Rozwiały się złudzenia, że w wyniku zacierania się granic między sztuką elitarną a popkulturą powstanie język artystyczny, pozwalający mówić rzeczy istotne w sposób atrakcyjny dla tzw. szerokiej publiczności. Przeciwnie, niszą stała się także górna półka popkultury – od piosenek Pablopavo po powieści kryminalne Joanny Jodełki czy Wiktora Hagena. A wśród masowo powstających seriali trudno znaleźć polski odpowiednik „Californication” czy „Doktora House’a”."- ponieważ nie wynika z nich (moim zadniem) że jakość kultury ma tendencję zwyżkową. Bo na jakość nie ma zapotrzebowania, co jest wynikiem mało wymagającego odbiorcy.


Marlow 07 września 2011 16:51
@Afapipi Po pierwsze było ciut więcej niż dwóch.
Po drugie, tworzą gdzie chcą i chwała im za to. To że tworzą w Londynie, czy w Stanach, dowodzi jakości współczesnej sztuki polskiej. To, że Sasnal jest lepiej znany w Londynie niż w Warszawie, to właśnie potwierdza, ze sztuka ma się tak dobrze, iż na równych prawach walczy z najlepszą konkurencją, natomiast kondycja odbiorcy jest fatalna. Nb o ile wiem Tarasewicz siedzi w Polsce.
Po trzecie to nie jest oczywiście kwestia ilości, ale raczej jakości. Niezależnie od tego, nie jest tak, że mamy kilku tylko dobrych twórców.
Zupełnie z kapelusza: Dróżdż, Althamer, Sosnowska, Zdunek, Maciejowski, Firek, Bogacka (kiedy akurat ma czas i nie przełamuje tabu, ale dobra faktycznie jest); z nowych ludzi: Bąkowski, Leto, Ziółkowski, rewelacyjny Bartek Materka. Ja tak mogę dużo dłużej, ale to się robi ciut monotonne. Sedno problemu tkwi w tym, jak pisał Piotr Bratkowski, i tu się z nim całkowicie zgadzam, że musisz sama poświęcić sporo energii na szukanie, bo np Newsweek ci nie pomoże.

Marlow 07 września 2011 16:57
@Afapipi Sorry - w międzyczasie wrzuciłaś cytat z "Dekady" pisząc podstępnie, że nie zrozumiałaś :) Cytat trafia w sedno: autor pisze tam, że jest nawet niszowa, górna półka popkultury, ale nie ma zapotrzebowania na jakość, co jest wynikiem mało wymagającego odbiorcy. Nie mogę pisać za Piotra Bratkowskiego - właśnie wrzucił nowy wpis i tam możemy z nim to przedyskutować. Ja w każdym razie myślę, że podaż jest, natomiast mamy problem z popytem.


Afapipi 07 września 2011 17:17
@Marlow
Ale popyt kształtuje podaż ! Ze sztuką jest jak z każdym towarem - najpierw trzeba zainwestować, potem zainteresować, sprzedać i zarobić.
Czytałam kiedyś (niestety nie pamiętam czyj to był artykuł), że na 100 twórców o tym samym potencjale możliwości tylko jeden robi spektakularną karierę, bo jest to uwarunkowane między innymi dobrą promocją. Czyli można przyjąć, że zamiast jednego można wypromować kilku, co da jeszcze lepsze statystyki kondycji sztuki. I ilość i jakość - dwa w jednym. ;)
Polska Szkoła Plakatu to kilkudziesięciu (sic!) świetnych plakacistów, promowanych między innymi poprzez Międzynarodowe Biennale Plakatu- całkowicie polski pomysł.


Marlow 07 września 2011 17:26
@Afapipi Sorry, ale popyt i podaż to właśnie nie z tej bajki. To jest ta wiara w prawa rynku, o której pisał Piotr Bratkowski i która się nie sprawdziła, bo ona nigdy się w sztuce nie sprawdza. Masowy odbiorca sam z siebie jest jaki jest i można go jedynie edukować. Finansowanie sztuki musi odbywać się inaczej, współcześnie głównie przez prywatne fundusze - nb np. Fundacja Kulczyków (teraz zdaje się bardziej Pani Kulczyk :) robi tu na przykład nieco dobrego. Do tego musi dojść promocja robiona właśnie przez takie pisma jak wywołane do tablicy przez Piotra Bratkowskiego, jednak to ostatnie musi zostać postanowione przez redaktorów naczelnych właściwie wbrew badaniom rynku, ale z potencjalnym zyskiem w postaci przyszłego wzmocnienia wizerunku. Nie chodzi mi o to, że Newsweek ma nagle być artystyczny. Chodzi mi o to, że powinien poświęcać stałą, znaczącą część miejsca kulturze - nawet w formie osobnego dodatku.
Ale Polska Szkoła Plakatu to było coś...


Polski Spiryt 07 września 2011 17:33
(@Marlow)
1.Trylogia Kieślowskiego nie reprezentowała polskiej kinematografii, podobnie jak zagraniczne dzieła Polańskiego czy Skolimowskiego.Wyprodukowała ją francuska firma MK Marina Karmitza.
2.Nieważne kto co pokazywał powojennym filmowcom, bo pokazywano im różne rzeczy - ważne w jakim kierunku oni poszli tworząc całkowicie oryginalny kierunek estetyczno-myslowy.
Wiadomo że ich profesorowie byli przedwojenni, ale to o niczym jeszcze nie świadczy - przedwojenne kino polskie leżało i kwiczało na czterech łopatkach.
To że jeszcze przedwojenny polski kompozytor filmowy Kaper, mieszkajacy po wojnie w Hollywood, dostał w 1953 Oskara świadczy tylko o jego geniuszu, a nie polskiego przedwojennego kina.
@Piotr Bratkowski
zgadzam się z Pana odpowiedzią na postawione przeze mnie pytanie, ale z małym ''ale'' - sama nadreprezentacja nic by nie dała gdyby nie jej świadome promowanie przez decydentów.
warto popatrzeć jak wybitni twórcy otrzymywali tytuły profesorskie oraz nagrody artystyczne - w tym wówczas najważniejsze -- Nagrody Państwowe.
Dzisiaj szyldem polskiej piosenki jest w TVP i Radio Doda, kiedyś Demarczyk i German- to jednak też o czymś świadczy
jeszcze jedno - wyraźnie zastrzegłem - nie pisałem o KULTURZE PRL-u tylko kulturze w PRL-u a to kardynalna różnica!!!
Tym bardziej nie umieściłem ''Katynia'' w kulturze PRL - taki głupi to ja już nie jestem - wymieniłem wszystkie 8 polskich filmów nominowanych do Oskara


Polski Spirit 07 września 2011 21:30
(@Marlow)
1.ależ wykorzystali miłoszowego Nobla. Przewodniczący Rady Państwa z mety złozył Mu gratulacje,a przez 2 tygodnie w TVP występowali miłoszolodzy, m.inn dr Marek Zaleski z IBL.
2.Kieslowski oczywiście kojarzy sie z Polska ale jego trylogia nie za bardzo, zwłaszcza ze oparta jest na aktorach francuskich. Jego ''polski'' Dekalog w ogóle nie sprzedał się za granicą
3.nie rozróżniam polskich twórców w kraju i za granicą - chciałem wyłącznie podkreślić ze ci którzy uczyli sie i mieszkali tu dochodzili nierzadko wyżej niż ci tworzący wyłącznie za granicą
4.Nie zgadzam sie co do diagnozy Kieślowskiego - gdyby nie żył w Polsce, dokładnie w tamtej Polsce i gdyby nie był wychowany na polskim kinie - nie powstałby żaden Jego wybitny film, poczynając od ''Przypadku''. Wiem to od Niego samego - potwierdzał to już kilka razy publicznie jego ulubiony polski aktor, kiedyś inteligenciak - Boguś Linda. Ja nic nie chcę wykluczać -omylnie mnie zrozumiałeś - sprostowałem wyłącznie Twoja informację,że Czerwony reprezentował Polskę w nominacjach oskarowych.
Kieślowski jest dla mnie wyjątkowym polskim twórcą, którym nigdy by nie był gdyby urodził sie w innym ustroju. W tym wypadku można troche mówic o syndromie helsińskim.
Podobnie ma sie rzecz z kinem niepokoju moralnego - w USA by nie powstało.

Marlow 07 września 2011 21:55
Wszystkich przepraszam za kłopoty techniczne - wklejam ponownie tekst komentarza, na który Spirit właśnie odpowiedział:
-------------------------
@Polski–dom–publiczny Oczywiście, że pisałeś o kulturze w PRL-u, tu chyba nie ma żadnych wątpliwości. Nawiasem mówiąc, bardzo trudno byłoby tu przeprowadzić faktyczną granicę między „w” a „zaimkiem dzierżawczym”, gdyż sytem PRL-u usiłował wykorzystać propagandowo wszystko, co się tylko dało i robił to bardzo skutecznie (jak oni musieli żałować, że nie mogli wykorzystać miłoszowego Nobla). Zgadzam się, że przynajmniej po części kultura miała się dobrze, bo zgadzali się na to decydenci :- stąd podstawowe pytanie dlaczego: dlaczego się zgadzali. Ale to w sumie trzeba by było bardzo dokładnie przeanalizować.
Kieślowski był twórcą polskim i tak jest do dziś rozpoznawany na całym świecie, to, że flim zrobił z Francuzami, nikogo nie interesuje w Tokio, czy w Pekinie (też oglądają). Dla nich to twórca polski. Podobnie dla moich znajomych w Stanach. To jest postrzegane inaczej we Francji, bo dla nich to francuskie filmy, które przypadkowo zrobił ktoś, kto podobno nie jest nawet Francuzem  Inaczej mówiąc moi znajomi z Arlington byliby raczej zaskoczeni, że nominacja oskarowa dla Kieślowskiego nie byłaby w Polsce traktowana jako „nasza”.
Bardzo dobry przykład z Kaperem – zapomniałem o nim, a nie powinniśmy. Piszesz: to że (…) dostał w 1953 Oskara świadczy tylko o jego geniuszu, a nie polskiego przedwojennego kina I to jest fakt z którym się w 100% zgadzam. Podobnie to, że Kieślowski odniósł sukcesy w latach 90-tych świadczy o jego geniuszu, a nie o geniuszu kina czasów PRL.
Zauważyłem, że i ty i Afapipi wprowadzacie podział na „polskiego twórcę tworzącego w Polsce” i „twórcę pochodzącego z Polski ale tworzącego gdzie indziej”. To jest, moim zdaniem, poważny błąd. Poza wyjątkowo specyficznymi kontekstami, kultura ma charakter lokalny na niższym poziomie i charakter uniwersalny na poziomie wyższym. Zarazem kultura, która awansuje do wyższego poziomu, nie traci przecież swojej lokalnej części. Jak wiadomo chłop ze wsi może wyjść, podczas gdy wyjście wsi z chłopa jest semantycznie niemożliwe. To jest zwiększenie potencjału, nie jego wymiana. Trochę zaskakujący jest dla mnie postulat Twój, wykluczenia z rozważań o kulturze polskiej Czerwonego, bo Kieślowski zrobił go we Francji; podobnie jak nie mogę przyjąć postulatu Afapipi, że Sasnal i Uklański w tej dyskusji są słabym argumentem bo w większości tworzą i sprzedają za granicą.
To akurat, moim zdaniem, jest wciąż trwający, nawet w dzisiejszej edukacji, balast propagandowego szlifowania przekazu informacyjnego w poprzedniej epoce, kiedy podkreślano jakość twórczości lokalnej, przeciwstawiając ją wynarodowionej emigracji. Rzeczywistość, powtórzę jest inna. Ktoś, kto się przenosi np do Londynu i tam wystawia, nie traci automatycznie statusu polskiego twórcy.
Bardziej obiektywny przykład: Murakami jest pisarzem japońskim, choć więcej czasu siedzi w Stanach niż w Japonii, choć czasem jego książki wydawane są najpierw po angielsku, a dopiero później po japońsku (pisze po japońsku bo, jak mówił, nie potrafi swobodnie pisać książki po angielsku), i choć jak sam mówi, wychował się wprawdzie w Japonii ale prawie wyłącznie na kulturze amerykańskiej. Przy całej tej amerykańskości Murakami nie uważa się za pisarza amerykańskiego, mam wrażenie, że wyróżnienie narodowe w ogóle go interesuje.

Marlow 07 września 2011 22:11
@Polski--dom--publiczny 
Wykorzystali, prawda, ale jednak z wyraźną rezerwą.
Osiągamy, powoli, jakiś consensus :)
Rzecz w tym, że filmy Kieślowskiego są właśnie na tym wyższym poziomie, są uniwersalne, równie dobrze rozumiane w Azji Wschodniej, co w Berlinie. Nie mają więc wyraźniej charakterystyki narodowej, mają po prostu charakterystykę humanistyczną, przy czym, jak obaj się zgadzamy, Kieślowski jest identyfikowany jako artysta polski.
Wchodzimy tu trochę w gdybanie, no i consesus nie musi dotyczyć wszystkiego :) Zaryzykuję twierdzenie, że gdyby Kieślowski urodził się i wychował np. w Alabamie, robiłby zupełnie inne filmy, ale byłyby to filmy równie dobre. To był człowiek który "myślał filmem", taka skaza genetyczna. Jednocześnie obecna jakość tych konkretnych filmów jest oczywiście wynikiem lat, które przeżył w Polsce.
Natomiast wracając do Kapera. Przedwojenne polskie kino było po prostu bardzo dobre i bardzo dobra była jego oprawa muzyczna. Tym niemniej, jakkolwiek dobre warunki ktokolwiek by stworzył, twórca musi po prostu mieć talent pozwalający na możliwości tych wykorzystanie :)
To trochę dyskusja na kilka wpisów jednocześnie, ale to chyba dobrze. Nie wrzucam wiele pod Twoim wpisem, bo prostu zgadzam się z tym, co pisze tam @Estimado.
Wreszcie, mam nadzieję, że to dobrze wróży debacie :D


Polski Spirit 07 września 2011 23:31
@Marlow
pełna zgoda - Kieślowski był filmowym zwierzęciem i każde miejsce na ziemi doprowadziłoby Go do kamery. Inny byłby zawsze temat - ale wrażliwość na człowieka i otaczający go świat na pewno ta sama.
Tacy ludzie jak oni to sumienie ludzkości.

Dlatego ''pękło'' mu w końcu serce...

No comments:

Post a Comment