Monday, July 14, 2014

Z babskim kłębkiem włóczki - ad ACTA

 Dziś wiemy, już, że sprawa ACTA istotnie trafiła ad acta, a Dotcom wciąż udowadnia, że tusza nie jest przeszkodą w wykonywaniu manewrów ze zwinnością piskorza. Czemu wszak rozpoczęta wówczas dyskusja nie znalazła swojej kontynuacji? Problem przecież nie zniknął, rozwiązania nie tylko nie widać, ale nikt nawet go nie szuka. Powtórka z rozrywki czeka nas przy kolejnej, bardziej dyskretnej próbie "podregulowania internetu"
Cała sprawa zyskała ostatnio na aktualności, gdy w parlamencie europejskim pan M. dał po buzi panu B. Żaden z panów nie jest bohaterem pozytywnym, w praktyce więcej szkody zdołał, jak dotąd, wyrządzić pan B. - wyjątkowo kiepskim zarządzaniem podległym mu resortem... 

Newsweek, Portal Opinii - 23.01.2012

Prokrustes (Προκρούστης) to antyczny przydomek grecki, który można przetłumaczyć na współczesną polszczyznę jako „Naciągacz”. W mitach greckich Prokrustes, znany też pod przydomkiem Damastes (Δαμαστής) czyli „Wymuszający”, był synem Posejdona i ze swej twierdzy na górze Korydallos kontrolował część świętej drogi z Aten do Eleuzis. Napotkanych podróżnych zapraszał na swe pokoje i oferował im nocleg w specjalnie przygotowanym łożu. Nocleg był bezpłatny, wiązała się z nim jednak seria bolesnych zabiegów. Prokrustes, tradycjonalista, obrońca standardów i esteta, sprawdzał harmonijne dopasowanie podróżnego do łoża. Nad ciałami podróżnych, dla których łoże było zbyt długie, pracował żelaznym młotem, rozbijając ich członki do stosownej długości. Zbyt wysokich podróżnych dopasowywał przycinając ich do prawidłowych rozmiarów. Instytucje czerpiące korzyści z egzekwowania należności za prawa autorskie zachowują się jak współcześni potomkowie Prokrustesa; kiedy widzą niezgodność łoża i podróżnika, zamiast popracować nad ofertą, wolą pracować nad klientem.








[] Tezeusz zabijający Prokrustesa, krater czerwonofigurowy.
 Fot: NYPL.


Jak widać z preambuły, będzie o prawach autorskich w internecie i choć wysyp tekstów na ten temat mamy ostatnio na blogu, mam wszak płochą nadzieję, że mój coś jeszcze tu doda, choćby kłębek włóczki :).
Anachroniczność obowiązujących praw o ochronie własności intelektualnej najlepiej widoczna jest w dwóch, związanych ze sobą przykładach – w patentowych wojnach producentów smartfonów i tabletów oraz w problemie tak zwanego „piractwa” w sieci.

Pomińmy może smartfony (w trasie stosuję kombinację starej Nokii flip-out i netbooka pod linuxem więc smartfony mnie aż tak nie poruszają) i spójrzmy na na internet. Dyskusję w ostatnich dniach zdominowały wojny z PIPem, z SOPA, i z ACTA. PIP, „Protected IP” czyli „Zastrzeżony IP”, to propozycja legislacyjna (tzw. bill) przedstawiona w Kongresie USA przez Patricka Leahy, demokratycznego kongresmena reprezentującego stan Vermont. SOPA czyli Stop Online Piracy Act, to także propozycja legislacyjna, ale ogłoszona w Senacie USA przez republikanina z Teksasu, Lamara Smitha. (Z Teksasu! O ironio, iskro bogów...) przy gorącym wsparciu demokratycznego kongresmena Mela Watta z Karoliny Północnej. Te dwa ponadpartyjne projekty są ze sobą ściśle powiązane i wzajemnie się uzupełniają. Dają one amerykańskiemu wymiarowi sprawiedliwości prawo i środki do występowania przeciw zagranicznym właścicielom stron i serwerów łamiącym prawa autorskie obowiązujące w US, blokady ich adresów IP w przeglądarkach internetowych (poprzez dostawców) i w wyszukiwarkach, a także zwiększają kary za tego typu przestępstwa. SOPA jest bardziej szczodra niż PIP i oferuje Departamentowi Sprawiedliwości możliwość nałożenia cenzury na jakiekolwiek strony sieciowe nielegalnie przechowujące materiał chroniony prawami o własności intelektualnej. Jak powiedział senator Smith, amerykańskie przedsiębiorstwa internetowe zapewniają gospodarce amerykańskiej 19 milionów wysokopłatnych miejsc pracy i generują ponad 60% amerykańskiego eksportu. Już czas zatrzymać piractwo sieciowe i rozpocząć działania chroniące amerykańskie wynalazki i miejsca pracy.

[] Nieautoryzowany plakat wyborczy Lamara Smitha, za: Weknowmemes.





Loix w konkluzji swego wpisu [Tytuł ocenzurowano] zakwestionował samą koncepcję praw autorskich pisząc:
Prawa autorskie i patenty są nieuzasadnionym czerpaniem korzyści przez ludzi, którym uda się odnaleźć jakąś nową ideę... [tymczasem] ...we wszechświecie wszelkie rozwiązania i idee są z góry możliwe, a więc człowiek ich nigdy nie tworzy, lecz tylko odkrywa. Takowy odkrywca może czerpać dochody ze swego odkrycia, ale nie powinien mieć monopolu na korzystanie z właściwości wszechświata, które są wspólnym dobrem wszystkich ludzi.

Hmmmmmmm. Sofistyka to jest niestety i rację miał Sokrates odsądzając Sofistów od czci i wiary. Pomińmy uproszczoną wersję przyjętego założenia o formie wszechświata. Taka teza po prostu nic nie wnosi do dyskusji poza postulatem zmiany terminu: „odkrywca” zastępuje „twórcę” i wracamy do punktu wyjścia. Czyli właściwie dlaczego nie może mieć takiego monopolu? Jeśli Loix, dokonując w swoim własnym ogródku próbnego odwiertu odkryje złoże ropy naftowej (czego mu serdecznie życzę w Nowym Roku ;) ) , to czy będzie musiał się z kimś tym złożem podzielić? Nie będzie musiał. Oczywiście może się podzielić, ale z własnej woli - i bardzo dobrze. Mówiąc czy to o twórcy, czy o odkrywcy, myślimy często o tworzeniu, czy odkrywaniu nowych wartości. W rozrywkowym biznesie w 90% przypadków mamy jednak do czynienia z tworzeniem/odkryciem kolejnej metody dojenia owieczek przy użyciu wielokrotnie wykorzystanych już formuł literackich, dźwięków i wizerunków. Ale, prawdę mówiąc, to spostrzeżenie też prowadzi nas donikąd.

Skoro ktoś wyprodukował coś, co inni uważają za wartościowe, to ma prawo na tym zarobić. Koniec i kropka. I to nie jest też kwestia tego "ile" ma zarobić. To pytanie jest po prostu irracjonalne. Powiemy, że może zarobić 1 323 521 dolarów i 2 centy, na tym koniec, więcej nie dostanie? Potem producent zarobi ...tu wstaw dowolną kwotę... i też szlaban? Reszta za darmo? Czy może dla państwa? Kto te kwoty będzie określał i na jakiej podstawie?

Ile chcą mu płacić, tyle zarobi. Producent tak samo. Problem nie leży w tym, ile zarobi, problem w tym, w jaki sposób te zarobki są generowane. W tej chwili mamy faktycznie XIX-wieczne prawa copywrite'owe przeniesione w wiek, jak by nie patrzeć, XXI. Nie są one bynajmniej zachowywane w takiej formie dlatego, że najlepiej chronią twórców. Powód jest prosty, w obecnej postaci pozwalają one na generowanie ogromnych zysków potężnej grupie symbiotycznej biurokracji, nie mającej nic wspólnego z twórczością, ale zajmującej się ochroną i powiększaniem zysków płynących z „towaru”. Bynajmniej nie kwestionuję sensowności istnienia tej biurokracji. Wielu artystów bez agentów i producentów zwyczajnie musiałoby robić coś innego (tzw uczciwą robotę... mogliby np. być politykami :) ). Problem w tym, że biurokracja z natury swojej ma charakter zachowawczy i na nowe warunki odpowiada rozbudowywaniem starych przepisów. Doradzająca politykom biurokracja producentów i menedżerów rozrywki nie jest w stanie stworzyć nowych rozwiązań. Proponowane restrykcje są tego najlepszym dowodem. Nie zrobią tego rządowi eksperci od software'u – ich niewątpliwy profesjonalizm nie zdominuje podstawowego punktu widzenia, jako że funkcje ekspertów pełnią w tym wypadku (na przykładzie USA, bo u nas to tajemnica) twórcy gier.

(By być fair, oni myślą jednak bardziej progresywnie niż „rozrywkowi” biurokraci, wiązanie praw i profitów autorskich ze Steamem nie jest pomysłem idealnym, ale na pewno jest to pomysł zmierzający we właściwą stronę.)

 Internet stworzył zupełnie nowe środowisko rozpowszechniania twórczości, co wymaga zupełnie nowego podejścia i nowych rozwiązań. Teoretycznie, Leahy, Smith, Watt i cała reszta powinni to zauważyć, praktycznie raczdej nie ma szans, by zauważyli. Nie wierzę, że da sobie z tym radę Michał Boni, który u nas zajmuje się formułą ACTA.

ACTA to kolejny problem i dowód na całkiem dobry poziom amerykańskiej demokracji: PIP i SOPA musiały być prezentowane w sposób jawny i społeczeństwo mogło wyrazić swą wolę. Społeczeństwo wolę wyraziło i oba akty zostały de facto odłożone ad acta. Co nam pozostawia kwestię ACTA, wobec której minister Boni prezentuje niezbyt uzasadniony optymizm. Szkoda, że go to nie martwi, bo mnie martwi jak cholera, a jemu za zmartwienie płacą.

Pod tym linkiem (archiwum Wikileaks) jest jeden z wczesnych, nieoficjalnych i z tajemniczych powodów trzymanych w sekrecie projektów umowy ACTA. Projekty te, od początku po dziś dzień, były dyskutowane „na szczeblu eksperckim” czyli między wyznaczonymi przez poszczególne rządy urzędnikami. Nie wiemy, kim są ci urzędnicy, nie wiemy jaki jest ich związek z faktycznymi beneficjentami finansowymi ACTA, za to wiemy, czy są tam reprezentowani nabywcy – nie są reprezentowani.

ACTA powinna być z miejsca odrzucona już ze względu na pomysł, że wytyczne przepisów które będą miały ogromne znaczenie dla konsumentów, bez konsumentów mogą (powinny?) być tworzone.
NIC O NAS BEZ NAS Panie Premierze. Jeszcze jest czas! Gała do szafy, szorty do pralki i do roboty, pogonić kota Boniemu, niech wreszcie ujawni projekt, wrzuci do internetu i zacznie tam konsultacje, przecież o tym jest mowa - gdzie oni rozmawiają? Szukają inspiracji i bratniej pomocy na Bonifraterskiej? Co robi u licha Pan Minister, że obudził się z ręką w nocniku i dopiero jak mu zablokowali stronę na parę godzin, to doszedł do wniosku, że sprawdzi, co właściwie mamy podpisać? Dyskusja trwa nie od dziś, a on nie wie, co podpisuje?

Niewykluczone, że są też inne, konkretne powody odrzucenia ACTA. W tym starym, bardzo ogólnym projekcie z 2007, ACTA postuluje powołanie „formalnych lub nieformalnych grup konsultacyjnych (...) współdziałających na szczeblu międzynarodowym”. Podobne grupy stały w USA za PIP i za SOPA.

Producenci wszystkich krajów łączcie się... ACTA oferuje też bliżej nieokreślone prerogatywy śledcze dla jej beneficjentów – firm fonograficznych, wydawnictw, producentów filmowych etc. oferując im uprawnienia pozwalające na „efektywne identyfikowanie rzekomo łamiących prawa autorskie”. Rzekomo łamiących? Już nie potrzeba dowodów? I to nie jest już sprawa policji? Bo za trudne? Agent Tomek wszedł do polityki i nie ma Wuja w CBSie? Trudno powiedzieć, na ile powyższe zastrzeżenia mają rację bytu, możemy przeczytać jeden, przypadkowo uzyskany przez Wikileaks egzemplarz wczesnej wersji projektu. Powtórzę – 500 milionów konsumentów ma prawo do informacji i do reprezentacji. Nie mogą o tym decydować urzędnicy unijni słuchający wyłącznie jednej strony – finansowych beneficjentów ACTA.

Przed kilkoma dniami Nowi Zelandczycy, na polecenie Wielkiego Brata, aresztowali Dotcoma et consortes i zamknęli serwery i biura Megaupload, Amerykanie zamknęli u siebie, Kanadyjczycy u siebie. Nie bronię Dotcoma! Powinien siedzieć już za ciężkie wykroczenia przeciw estetyce widoczne w tym, co na siebie zakłada, dodatkowo jeszcze za jazdę z tablicą rejestracyjną MAFIA (czyli za głupotę, ale to akurat nie jest na razie karalne). Megaupload na reklamach i opłatach za szybki dostęp zarobiło 175 mln dolarów, rzekomo korzystając przy tym z cudzego produktu pobieranego przez klientów ładowarki. Straty zainteresowanych szacowane są na 500 mln. dolarów. Odpowiedź wg propozycji Smitha i Leahy to cenzura adresów IP prowadzących do Megaupload, zamknięcie wszystkiego i penalizacja właścicieli. Sorry, Jose, to kompletna głupota i zarzynanie kury znoszącej złote jajka. Właściwym kierunkiem działań nie jest wzmożenie kontroli internetu, ale wsparcie środków technicznych i, dopiero gdy te będą dostępne, mechanizmów prawnych umożliwiających, czy wymuszających, transfer części tak zdobytych zysków do twórców utworów. Oczywiście, jest to też kwestia pewnego umiarkowania. Jeśli producenci zamiast 500 mln, których i tak nie zobaczą, zadowoliliby się 100 mln, ale z perspektywą dalszych zysków... nie wiem jak Dotcom, ja bym poszedł na taki układ. Pisałem wyżej o „rzekomym” korzystaniu etc.,  gdyż jak na razie szykuje się długi przewód sądowy, w czasie którego istotna część owych 175 mln trafi do najlepszych firm adwokackich w branży... Co tam, niech ktoś ma z tego jakiś pożytek.


[] Kim Dotcom vel Schmitz - ten bez wąsów. 
Fot. za: Windowsera.



Biznes Megaupload popierała część artystów, którzy uważali, że z ewentualnych tantiem i tak nie zobaczyliby wiele, może więc lepiej postawić na promocję. Poniżej link do MegaSong, reklamowej piosenki Megaupload, w której wystąpili m. in. Puff Daddy, Will.I.am, Alicia Keys, Snoop Dogg, Chris Brown, Kanye West, Lil John, Jamie Foxx, Serena Williams i Mary J. Blidge. Piosenka, jak piosenka, nie w tym rzecz.

Jak można to wszystko uporządkować? Pisałem, że część producentów gier ostatnio wprowadza rejestrację przez sieciowy Steam, nie jest to najlepsze rozwiązanie, ale idące w dobrym kierunku – towar broni się sam. Inny przykład, też może nie rewelacyjny i wymyślony z sufitu by wyjaśnić o czym myślę: film przechodząc przez serwery dostępowe pozostawiałby identyfikator elektroniczny, a na podstawie identyfikatora właściciele serwerów udostępniających pliki byliby automatycznie obciążani pewnymi – niewielkimi(!) - opłatami. Technicznie bardzo trudne, ale lepsze niż cenzura IP.

Próbowałem się zorientować w kosztach odtwarzania w radiu utworu muzycznego - okazuje się, że jest to kompletna wolna amerykanka. Wszystko jest osobno negocjowane ze stacjami, osobne stawki w zależności od stacji, utworu, wykonawcy etc. Nie wiem, czy jest w ogóle możliwe stwierdzenie ile trafia do twórców, ile do ZAIKSu. W Stanach jest podobnie. Wytwórnie bronią przede wszystkim własnych zysków, RIAA (Związek Producentów Nagrań) swoich, ASCAP (Stowarzyszenie Kompozytorów, Artystów i Wydawców) swoich, AMA (Stowarzyszenie Muzyków) swoich. Dobrze, że bronią, po to są, ale obecne status quo, przyjęte przed rozwojem internetu, wymaga poważnych zmian. Dopiero po nich możliwe będzie porządkowanie internetu - związane jednak z obiektem - plikiem muzycznym, czy filmowym, nie zaś ze zwiększaniem przestarzałej i nieadekwatnej formuły biurokratycznego nadzoru prawnego, w dodatku podzlecanego zainteresowanym finansowo firmom (w propozycji SOPA dostawcy powinni blokować IP na żądanie właścicieli praw autorskich, PRZED udowodnieniem przestępstwa). Tu miał być długi fragment o tym, dlaczego rozwiązania PIP, SOPA i ACTA grożą destabilizacją systemu DNS i w konsekwencji całego internetu, ale o tym każdy może sobie sam przeczytać w bardzo dobrym tekście Don’t break the internet (Nie niszczcie internetu) opublikowanym przez Stanford Law Review.

W przeciwnym razie musimy być konsekwentni, sorry Jose, adios biblioteki publiczne...

Pozdrawiam wszystkich i – na wszelki wypadek – lecę do biblioteki (póki są)!

PS. A co się działo, zapyta ktoś, kiedy trafiły się rzadki podróżny, który pasował do łoża Prokrustesa? Otóż, Szanowni Czytelnicy, takie wypadki się nie zdarzały. Prokrustes tak bardzo cenił swe zabiegi harmonizujące, iż na wszelki wypadek miał dwa łoża, różnej długości. Gości dobrze dopasowanych do uznanego standardu zapraszał więc do drugiego łoża. Ostatecznie to podróż jest ważna, nie dotarcie do celu!

Zamiast posłowia – Gintrowski recytuje Herberta.



Moje ruchome imperium między Atenami i Megarą
Władałem puszczą wąwozem przepaścią sam
Bez rady starców głupich insygniów z prostą maczugą w dłoni
Odziany tylko w cień wilka i grozę budzący dźwięk słowa Damastes

Brak mi było poddanych to znaczy miałem ich na krótko
Nie dożywali świtu jest jednak oszczerstwem nazwanie mnie zabójcą
Jak głoszą fałszerze historii

W istocie byłem uczonym reformatorem społecznym
Moją prawdziwą pasją była antropometria

Wymyśliłem łoże na miarę doskonałego człowieka
Przyrównywałem złapanych podróżnych do owego łoża
Trudno było uniknąć - przyznaję - rozciągania członków obcinania kończyn

Pacjenci umierali ale im więcej ginęło
Tym bardziej byłem pewny że badania moje są słuszne
Cel był wzniosły postęp wymaga ofiar

Pragnąłem znieść różnicę między tym co wysokie a niskie
Ludzkości obrzydliwie różnorodnej pragnąłem dać jeden kształt
Nie ustawałem w wysiłkach aby zrównać ludzi

Pozbawił mnie życia Tezeusz morderca niewinnego Minotaura
Ten który zgłębiał labirynt z babskim kłębkiem włóczki
Pełen forteli oszust bez zasad i wizji przyszłości

Mam niepłonną nadzieję że inni podejmą mój trud
I dzieło tak śmiało zaczęte doprowadzą do końca

No comments:

Post a Comment