Thursday, December 18, 2014

Profilowanie jest dobre!

 Rok 2014 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski... Dla wyjątkowo wielu maturzystów największą z nich było ogłoszenie wyników matur... Rząd wyraził zatroskanie, opozycja oburzenie, a całą winę zrzucono na nazbyt trudne egzaminy, zwłaszcza ten z matematyki, który ponoć po wielu, wielu latach, ponownie wprowadził  zaporową barierę samodzielnego myślenia. Oczywiście rozwiązanie jest proste - zmniejszyć wymagania egzaminacyjne. I tylko gdzieś po głowie kołacze się echo jeszcze jednej, niedokończonej reformy...


Newsweek, Portal Opinii -  31.03.2012

...ludzie potrafią zrezygnować z jedzenia w proteście przeciwko podręcznikowi szkolnemu. W proteście, że ich dzieci nie będą się uczyć o ludziach biegających z maczugami…


– Stefan Niesiołowski. A nie, pana posła przepraszam najmocniej, to cytat z panny Mebaisong.
Nie mam zamiaru polemizować z szanowną autorką newsweekowego blogu „Przemyślenia, czasem potargane” - znakomitego źródła inspirujących sentencji. Jej wpis, w którym z entuzjazmem młodego Mateusza Birkuta wspiera decyzję minister Szumilas i odżegnuje od czci i wiary wszystkich sceptyków, wyraża tzw. poglądy autorki (tu dyskretny ukłon uznania w stronę Raczy ;) ), i można się z nim zgodzić lub nie. Ja tam raczej się cieszę, że choć odrobinę usłyszałem w szkole o biegających z maczugami (i włóczniami) jaskiniowcach z Akwitanii. Ale – każdemu według potrzeb, jak mawiali klasycy.


Wśród komentarzy pojawił się wszakże krótki tekst Kanibala, który podnosi bardzo sensowną kwestię i z tego też powodu ponownie odkładam prawie gotowy wpis – nomen omen o historii... – by dorzucić swoje trzy grosze do aktualnej dyskusji – wbrew pozorom niezupełnie o historii.


Nie chodzi o redukcję ilości lekcji historii, tylko o zmianę zakresu nauczania - teraz w liceum ma być większy nacisk na naukę historii najnowszej, a tam są bardzo ciekawe tematy - pisze na tymże Portalu Opinii Kanibal., dodając oczywiście, w swej własnej, barwnej wersji: ceterum censeo Anatidas esse delendam.* ;)


Cała dyskusja o reformie została kompletnie zdominowana przez dwa, nonsensowne i całkowicie retoryczne postulaty. Przodownicy Platformy Obywatelskiej twierdzą, że z programu znikną nieistotne szczegóły w rodzaju piramid egipskich i ludzi biegających z maczugami. Zgniłe karły reakcji twierdzą, że reforma uniemożliwi kształtowanie wartości patriotycznych poprzez nauczanie historii. Wszyscy wydają się zapominać, że reforma nie dotyczy wyłącznie historii, ale całego programu. Podobne zabiegi obejmują matematykę, fizykę, biologię etc. etc. Co więcej, cięcia godzin w przedmiotach ścisłych będą bardziej drastyczne!


Ponieważ lubię rozmawiać o konkretach, garść liczb.


Obecnie w ciągu 3 lat liceum jest oficjalnie 150 godzin historii. Tu jest pewna kwestia, otóż od znajomego nauczyciela słyszę, że jest jednak 175, z czego 150 ma teoretycznie wystarczyć na realizację programu, ale w praktyce wykorzystuje się około 160-165. Nie wiem, może to jakieś wyjątkowe liceum. Pozostańmy przy 150 godzinach. Nauczanie historii jako osobnego przedmiotu zostanie zredukowane do 60 godzin, do pierwszego roku liceum, wreszcie, last and least - do historii najnowszej (proszę zwrócić uwagę na to ograniczenie). W następnych dwóch latach, uczniowie którzy wybiorą profil nauk ścisłych będą mieli zamiast historii i wiedzy o społeczeństwie 120 godzin bloku historia i społeczeństwo. Pani minister przeliczyła to w Sejmie w dość oryginalny sposób, stwierdzając, że skoro 60 + 120 to 180, więc faktycznie będzie tych godzin więcej. Blok historia i społeczeństwo obejmuje jednak oczywiście dwa przedmioty – historię i wiedzę o społeczeństwie. Wiedzy o społeczeństwie było 70 godzin, zostaje 30, reszta będzie realizowana w bloku. W ciągu 120 godzin bloku zostanie skoncentrowane dawne 130 godzin obu przedmiotów, w sumie więc strata, choć wyraźna, nie jest gigantyczna – 10 godzin.


Tylko że, tylko że.
60 godzin historii najnowszej w pierwszej klasie liceum ma „odciążać nauczanie historii w gimnazjum” zamykając prowadzony od pierwszej klasy gimnazjum chronologiczny cykl historii powszechnej i historii Polski. Owe 60 godzin jest więc de facto wprowadzeniem gimnazjum do liceum i raczej nie wyobrażam sobie, by program tych 60 godzin radykalnie odbiegał od programu historii w gimnazjum. Mamy więc rok historii najnowszej w tradycyjnym, sztywnym programie para-gimnazjalnym z obowiązującymi odpowiedziami i tzw. słowami kluczowymi (czy jak się to coś nazywa, chodzi o terminy, które powinny się znaleźć w uczniowskich esejach, czy może wciąż w nieszczęsnych rozprawkach?). Następnie mamy dwa lata, 120 godzin, w bloku HIS (ładnie się skraca, ale politycznie mało  poprawnie... :( ) od których musimy jeszcze odjąć nieznaną ilość godzin związanych ściśle z dawną wiedzą o społeczeństwie. Powiedzmy, że wystarczy 10 godzin. Mamy w efekcie 110 godzin poświęconych omawianiu historii na poziomie licealnym, wszystkich jej epok, zarówno w części polskiej jak i powszechnej wg proponowanych grup tematycznych.
Spójrzmy na pozostałe redukcje. Matematyka - było 315 godzin, ma być 300 godzin. Fizyka, geografia i biologia - było po 105 godzin, ma być po 30, plus blok Przyroda czyli Woda Zdrowia Doda. (...czy jakoś podobnie. Doda, jako obiekt zajęć, znakomicie połączy fizykę z biologią i przynajmniej męska część słuchaczy przyjmie ten fragment z zadowoleniem.)


Reforma systemu nauczania jest potrzebna, chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości. Naprawdę dobrym pomysłem jest próba skorelowania wiadomości przedstawianych na poszczególnych zajęciach poprzez połączenie ich w bloki tematyczne. Nikt chyba poważnie przeciw temu nie protestuje (ja nie). Fakt, bloki wprowadzone już jakiś czas temu do podstawówek funcjonują rozmaicie, zazwyczaj nie są gorsze, niż to co było wcześniej, często są lepsze (oczywiście zależy to zawsze od nauczycieli). Pojawia się jednak kwestia zmniejszania ilości godzin. Nie jest ono bynajmniej efektem łączenia dwóch przedmiotów, wynika raczej z zasadniczej teorii stojącej za reformą, czyli specjalizacji. Czytałem już kilka tekstów młodszego pokolenia autorów Portalu Opinii, wyrażających wyważoną obojętność, umiarkowany optymizm, aż po zacietrzewiony entuzjazm wobec wprowadzanych zmian. Najbardziej chwalona jest możliwość wyboru specjalizacji, jednak wszystkie te teksty sprawiają wrażenie, jakby ich autorzy i autorki nie tyle cieszyli się z możliwości wczesnego wyboru ulubionych dziedzin, ile raczej z ograniczenia przykrej konieczności uczenia się tych przedmiotów, które im nie odpowiadają. W najbardziej chyba szczerej wypowiedzi pisał o tym Ślepowid, wskazując – całkiem słusznie – kuszącą możliwość zrezygnowania z zajęć prowadzonych w najbardziej nudny sposób.


Tu znów ad vocem – chcemy tego, czy nie, nie da się wszystkiego wyłożyć w sposób interesujący. Znaczną część historii stanowią daty, nazwy i nazwiska – czysta pamięciówka. Nudna, ale naprawdę konieczna dla uporządkowania faktów i zrozumienia procesów historycznych. Nb dokładnie to samo dotyczy np. biologii. Pamięta ktoś cykl Krebsa? :) Ale potrzebny naprawdę jest... Co jednak nie usprawiedliwia kiepskich nauczycieli.

O specjalizacji pisze także w swej odezwie Niezależne Zrzeszenie Studentów, stwierdzając, podobnie jak entuzjaści reformy, że lepiej przygotuje ona do studiów wybranego kierunku. Trzeba jednak zaznaczyć, że w kolejnych akapitach NZS stwierdza – całkiem słusznie – że zmuszanie do wyboru pod koniec pierwszej klasy jest przedwczesne. Ponieważ zostaje już tylko koniec roku drugiego, trzeba zapytać, jaki w ogóle ma to sens?


Zwolennikom wczesnej specjalizacji odważę się powiedzieć: nie, nie przygotuje. Wśród studentów np. antropologii kulturowej nie ma jakościowej różnicy między tymi, którzy kończyli licea o profilu humanistycznym, absolwentami typowych ogólniaków czy techników budowlanych. Nie bez powodu celowość wczesnej specjalizacji kontestuje część pracowników UJ, bynajmniej nie tylko historyków; w podobnym duchu wypowiadał się pan Wiesław Włodarski, dyrektor LO im. Ruy-Barbosy w Warszawie i szef Stowarzyszenia Dyrektorów Szkół Średnich.


Wyspecjalizowanie licealistów poprzez dodanie kilkudziesięciu godzin więcej nie będzie miało istotnego znaczenia podczas studiów i nie zrównoważy strat wynikających ze zlekceważenia drugiej grupy przedmiotów. Proszę zwrócić uwagę na fakt, iż w najbardziej rozwiniętych naukowo państwach świata (myślę o czołówce uniwersytetów) tendencja jest raczej odwrotna, do tego stopnia, że pierwsza część studiów traktowana jest znacznie bardziej ogólnie, często z prowadzeniem istotnej grupy wspólnych wykładów przeznaczonych dla studentów pierwszych lat zupełnie różnych kierunków. Łączy się to z rozsądnym założeniem, iż część studentów zmieni specjalność, że część absolwentów będzie pracować poza swoimi specjalizacjami, i że wszystkim, także przyszłym specjalistom, należy zapewnić możliwie szeroką umiejętność efektywnego dostosowania się do zmieniających się potrzeb wykonywanego zawodu. Ci, którzy rzeczywiście chcą specjalizować się w swojej dyscyplinie muszą, najzwyczajniej w świecie, włożyć w to więcej własnej pracy. Im wcześniej to zrobią, tym lepiej. Tu nie ma żadnej drogi na skróty. Postulowanie wczesnej specjalizacji wynika z dziwacznego, w istocie „szkolnego” przekonania obu stron – edukowanych i edukatorów - że studia mają zapewnić jakieś wyidealizowane "kwantum wiedzy", i że takie wydumane kwantum jest ostateczne i wystarczające.

NIE!
Szkoła wyższa ma zapewnić taką ilość wiedzy, jaka jest niezbędna do samodzielnego prowadzenia dalszych badań, ale przede wszystkim ma pozwolić na opanowanie różnych technik zdobywania i krytycznego analizowania nowych informacji – bo to dopiero tworzy autentycznego profesjonalistę. Dlatego między innymi niektórzy fizycy są w stanie pisać bardzo dobre prace filozoficzne, niektórzy filozofowie mogą dobrze pisać o matematyce, a historycy o ekonomii. Dlatego też zupełnie nie przeszkadza mi brak specjalistycznego przygotowania ministra X, jeśli ów minister jest wystarczająco wszechstronnie przygotowany by dobrze wykonać swoją pracę – także poprzez umiejętność skompletowania odpowiedniego zespołu specjalistów. (...nie, Krewni i Znajomi Królika, choć bliscy i niewątpliwie godni zaufania, nie są "odpowiednim zespołem specjalistów".)


Wróćmy do poświęcenia większej uwagi historii najnowszej i jej potencjalnemu znaczeniu w praktycznej realizacji twierdzenia, że Anatidas esse delendam. MEN próbuje od kilku lat uporządkować problem "znikających godzin" historii najnowszej w gimnazjum i liceum. Godziny znikają, bo ten sam MEN tak określił wymagania w nauczaniu historii, że kolejne grupy tematyczne są przenoszone na następne lata, gdyż nauczyciele "nie wyrabiają". Normalnym działaniem (jak dla mnie) byłoby staranne przyjrzenie się wymaganiom, i określenie ich tak, by było może mniej informacji, ale staranniej opracowanych, z wprowadzeniem podstawowych interpretacji historycznych. Nb. absolutnie konieczna jest korelacja tego procesu z przedstawieniem zasad analizy logicznej (tu, w sensie filozofii) – obecnie nie ma tego w ogóle; w konsekwencji czego rozumienie historii staje się mityczno-intuicyjne i prowadzi do kretynizmów, jakie codziennie czytamy i słyszymy. Także grupa tematów proponowanych w obrębie HIS nadal odwołuje się do mitu i intuicji.

By nie być gołosłownym, oto ona:

  • Europa i świat.
  • Język, komunikacja i media.
  • Kobieta, mężczyzna, rodzina.
  • Nauka.
  • Swojskość i obcość.
  • Gospodarka.
  • Rządzący i rządzeni.
  • Wojna i wojskowość.
  • Ojczysty Panteon i ojczyste spory



W wypowiedziach zwolenników reformy ulubionym przykładem staje się kwestia powstań w wieku XIX. Rzeczywiście wiek XIX, skądinąd bardzo ciekawy, ale i wyjątkowo skomplikowany, leciał straszliwie na twarz – w konsekwencji przeładowania programu – i spodziewam się jego istotnego dowartościowania w nowym systemie. Dodajmy, że postulowana swobodna dyskusja np. oceny powstań, bez wprowadzenia podstawowej logiki w analizie historycznej, doprowadzi do znanego doskonale podejścia "a mnie ta interpretacja najbardziej się podoba", nękającego blogi jak zrzucana przez Amerykanów stonka ziemniaczana. Gorzej jeszcze, bo ostatecznie podobać, to może Ci się Jasiu pupa pani Dody, ale niektóre interpretacje są równiejsze niż inne, bo one właśnie podobają się znakomitym ekspertom MEN (tym, z zespołu Krewnych i Znajomych Królika).

Pani Bożena Ordak, dyrektor III LO w Gdańsku, popiera jednak reformę całą swą istotą, gdyż jej zdaniem równe kształcenie powinno zakończyć się w gimnazjum. Uczeń nie ma możliwości, aby nauczyć się wszystkich przedmiotów w jednakowym stopniu. Profilowanie jest dobre!


Profilowanie w wielu stanach (tych zjednoczonych) jest zakazane. Że to zupełnie inne profilowanie? Ale efekty równie kiepskie.


Jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi o kasę. W jakim stopniu odciąży budżet zwolnienie części etatów w liceach, powstające w efekcie zredukowania ilości godzin? Pani dyrektor Ordak w tej samej rozmowie przyznaje, że przez nowe rozwiązanie może pojawić się problem z "godzinami" dla części nauczycieli, ale z określeniem skali zwolnień trzeba poczekać na rozporządzenie, które dokładnie określi liczbę godzin przypadających na poszczególne przedmioty, a które nie zostało jeszcze wydane.





___________________________________
*) Anatidas od Anatidae, ale, w przeciwieństwie do szanownych pań ministress i panów ministressów, ja się mogę mylić!

No comments:

Post a Comment